Marcin Hycnar - Chłopaki czasem płaczą

Marcin Hycnar – Chłopaki czasem płaczą

Z Marcinem Hycnarem, aktorem Teatru Narodowego, laureatem nagrody Feliks Warszawski dla najlepszego aktora sezonu 2007/2008, Pawłem z serialu „Barwy szczęścia” rozmawia Monika Adamczyk.

Wybrał pan na spotkanie warszawską kawiarnię, w której panuje wyjątkowa aura. Specjalnie?

Lubię tu przychodzić. Dobra kuchnia, niezobowiązujący podkład muzyczny, a poza tym bliskie są mi klimaty krakowskich knajp (piwnica, poezja śpiewana). Lubię momenty zatrzymania się, zamyślenia. A tu odnajduję taką atmosferę.

Bohemy?
Tak, ale bez tej całej otoczki narkotyczno-alkoholowej. Taki niezobowiązujący postój, by choć przez chwilę pomyśleć o poezji życia, a nie tylko o prozie. To się też czasem przejawia w piosenkach, jakich słucham, muzyce, która mi towarzyszy w życiu, w książkach, które czytam, miejscach, w których bywam, oraz w ludziach, z którymi lubię być.

Na co dzień staram się zachowywać bezpieczny dystans do tego, co świat proponuje. Do wielu spraw podchodzę z dużym poczuciem humoru. Cenię w ludziach mądrość i niekoniecznie chodzi o wiedzę, raczej o doświadczenie życiowe, inteligencję, bystrość. Czasem lubię porozmawiać na tematy mniej błahe.

Kiedy pada pytanie, czego słucham, z pewną nieśmiałością odpowiadam, że uwielbiam Agnieszkę Osiecką, poezję śpiewaną, piosenki Wojciecha Młynarskiego (króla tekstów o czymś). Nie wstydzę się tego, mimo że takie klimaty nigdy nie były zbyt popularne wśród moich rówieśników. Czasami myślę, że może urodziłem się za późno? Nie nazwałbym siebie intelektualistą, ale aspiruję do bycia inteligentem…

…który podobno nie wyobraża sobie życia bez teatru.

To prawda! A wszystko zaczęło się, kiedy w wieku 12 lat zagrałem Małego Księcia. Od tego momentu związałem swoje życie z teatrem profesjonalnym. Od teatru więc wszystko się zaczęło, tu zdobyłem największe doświadczenie zawodowe i tu spełniam się najbardziej. Najważniejsze jest dla mnie, by grać, rozwijać się. Telewizji uczę się od niedawna, ale praca przy serialu także wiele mi daje. W różnorodności tkwi siła, dzięki niej można pozostać twórczym. Dlatego oprócz teatru, telewizji, pracuję także np. w dubbingu. I jak każdy aktor czekam na ciekawe role filmowe.

Na razie interesująco rozwija się pana bohater w „Barwach szczęścia”.

Przechodzi ciekawą metamorfozę, co jest dla mnie jako aktora wyzwaniem. Kiedy przypominam sobie początek pracy w serialu, sporo scen, jakie nagrywaliśmy, można było streścić: „Kocham cię, kochanie moje”. Praktycznie cały czas graliśmy sielankę. Później jednak sytuacja diametralnie się zmieniła, bo mój bohater zaczął staczać się na samo dno. A ja ucieszyłem się, że wreszcie coś ciekawego się dzieje: musiałem grać stany ponarkotyczne, upojenia alkoholowego.

Skąd u pana wiedza na ten temat?

Gram moje wyobrażenie o byciu narkomanem, bo nigdy nim nie byłem. Alkoholikiem zresztą też nie. Zabawnie było, kiedy koledzy na planie, chcąc mi pomóc, opowiadali, że słyszeli lub czytali gdzieś – bo oczywiście nikt tego nie zna z własnego doświadczenia (sic!) – że pod wpływem narkotyków robi się to lub tamto. Przez długi czas nawet nie było wiadomo, jakie narkotyki bierze mój bohater. Śmiałem się wtedy, że gram intuicyjnie, żeby każdy uzależniony mógł odnaleźć w Pawle cząstkę siebie. Czasami mój bohater miał głupawkę, innym razem zaliczał totalny zjazd, kiedy indziej był bardzo agresywny. Było całe spektrum emocji do zagrania. Ostatecznie scenarzyści zdecydowali, że on bierze kokainę.

Pochodzi pan z Tarnowa. Odnalazł się pan w stolicy?

Należę chyba do niewielu osób, które otwarcie mówią, że lubią Warszawę. Teraz, kiedy mam etat w teatrze i tu mieszkam, nie wyobrażam sobie życia w innym mieście. Odnalazłem kilka fajnych miejsc, w których dobrze się czuję. Ale przyznaję, że nie udało mi się jeszcze dobrze poznać stolicy. Tempo życia, które narzuca to miasto, bywa zabójcze, ale już się chyba zdążyłem do tego przyzwyczaić. Najlepiej, niezależnie od miejsca, czuję się wśród przyjaciół. Wtedy jestem bardzo otwarty i bywam „duszą towarzystwa”. Natomiast w gronie osób całkowicie obcych zachowuję dystans, siadam z boku, obserwuję. Potrzebuję czasu, żeby ludziom zaufać. Na swoje potrzeby nazywam to socjofobią.

Powiedział pan kiedyś: Bywam szczęśliwy.

Dla mnie stan permanentnego szczęścia jest jakimś zakłamaniem. W życiu ciągle zdarzają się sytuacje, które weryfikują nasze nastroje. Więc staram się doceniać te chwile, kiedy jest naprawdę dobrze, kiedy coś mi się nadzwyczajnie udaje. Rezerwuję sobie fakt bycia szczęśliwym na te momenty, które się w życiu zdarzają tylko od czasu do czasu. Poza tym ciągłe powtarzanie sobie „jestem szczęśliwy” może powodować uśpienie, a wtedy przestajemy marzyć i spełniać swoje marzenia. Z czasem zaczyna brakować motywacji do tego, by robić coś ambitnego, by się rozwijać, pracować nad sobą.

Mówią o panu „superciacho”.

Miło słyszeć, ale tego typu komentarze raczej mnie bawią. Tak wiele skrajnych rzeczy pisano już na mój temat, że teraz staram się zachowywać zdrowy dystans. Nie mam z tym problemu. Ktoś pisze, że jestem ciacho, ktoś inny, że kurdupel. A ja się cieszę, że nie jestem królem portali plotkarskich. Ale też nie wywołuję żadnych tanich skandali, nie opowiadam, jaki to jestem fantastyczny, nie dzielę się z każdym swoimi problemami. Staram się we wszystkim zachować jakiś zdrowy umiar zarówno w życiu osobistym, jak i w pracy. Generalnie dużo pracuję, ale kiedy mam wolny dzień, choć zdarza się to rzadko, to lubię naprawdę odpocząć. Bywa, że przed godziną 15.00 trudno wyciągnąć mnie z łóżka.

W jaki sposób dba pan o siebie?

Wstyd przyznać, ale chyba wcale. Co więcej, prowadzę raczej niezdrowy tryb życia. Kiedy mam już ten wolny dzień i obudzę się o 15.00, to nie biegnę do parku na jogging, tylko zamawiam sobie (z dostawą niemal do łóżka) jakiś fast food na obiad. Ostatnio postanowiłem się zmobilizować, trochę wziąć za siebie. A potem się śmiałem, że nawet na siłownię nie udało mi się zapisać. Ale jak mi brzuch urośnie do monstrualnych rozmiarów, to nie będę miał wyjścia. Ogólnie lubię wypoczywać. Nigdy nie byłem typem podróżnika, który za wszelką cenę zalicza kolejne zabytki kultury. Natomiast lubię sobie poleżeć na plaży, popływać żaglówką, zimą wyskoczyć ze znajomymi na narty czy snowboard. Ładuję akumulatory wtedy, kiedy się odstresowuję, czyli unikam zgiełku i czerpię przyjemność z przebywania samemu ze sobą albo z przyjaciółmi. Najprostszy sposób to dobry film w moim prywatnym domowym kinie.

Czy płacze pan czasami na filmach?

Mówią, że chłopaki nie płaczą… Ale w moim przypadku jakaś wzruszająca scena potrafi wywołać łzy. W ogóle wywoływanie emocji w widzu, a także umiejętność ich odbierania są wpisane w mój zawód. Bardzo lubię poddać się nastrojowi, ulec mu, jeżeli ktoś przekona mnie do swojej historii. Oglądając film czy spektakl w teatrze, zdajemy sobie przecież sprawę, że mamy do czynienia z fikcją, wiemy, że setki osób pracowały nad wykreowaniem jakieś sytuacji. Ale na tę chwilę umawiamy się z twórcami, że ta historia jest prawdziwa. Tak właśnie jest z aktorstwem. To wielka sztuka tworzenia nowej rzeczywistości, której zadaniem jest wywołanie emocji.

Test Rozpoznawania Zaburzeń Związanych z Piciem Alkoholu AUDIT

Wypełnij nasz test i dowiedz się czy masz problem z piciem alkoholu

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH