Ewelina Flinta - Robię to

Ewelina Flinta – Robię to, w co wierzę


Ewelina Flinta, wokalistka o elektryzującym głosie. Mimo kariery, którą zrobiła w show-biznesie, pozostała sobą – naturalną, szczerą, trochę szaloną dziewczyną z Jasienia. Nie uważa się za gwiazdę, ale zna swoją wartość.
Nie tworzy dla sławy, lecz z pasji, bo muzyka to jej żywioł. Właśnie pracuje nad swoją trzecią płytą.

Jaka jestem naprawdę
Sama o sobie mówię, że jestem realistką na pograniczu pesymistki, ale z nutką optymizmu. Jak każdemu, zdarza mi się, że chwilami się nie lubię, ale w wielu kwestiach zaczęłam siebie bardziej akceptować, na przykład jeśli chodzi o wygląd. Jako nastolatka miałam z tym problem, a teraz mówię sobie: jest OK. Poradziłam sobie z tuzinem kompleksów i czuję się z tym znakomicie. Uważam tylko, żeby za bardzo nie przytyć, bo nie należę do typu anorektyczek. Poza tym lubię jeść i nie zamierzam z tego rezygnować.

Mam do siebie dystans. Patrzę na siebie i mówię: nie mam tak pięknych nóg jak Aneta Kręglicka. I co z tego? I tak będę nosić miniówy, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota. Polubiłam siebie fizycznie i psychicznie. Nie jestem zwolenniczką operacji plastycznych, nie będę sobie powiększać biustu ani obstrzykiwać się botoksem. To zawsze widać, zwłaszcza gdy kobiety zaczynają z tym przesadzać. Nie boję się, że na starość będę miała na twarzy zmarszczki przy ustach czy kurze łapki wokół oczu. To będzie znaczyło, że miałam w życiu dużo powodów do uśmiechu.

A ten, kto się śmieje, jest szczęśliwy.

Być kobietą
Uwielbiam spa, ale zazwyczaj brakuje mi czasu, żeby móc wyrwać się na kilka dni do jakiegoś przyjemnego miejsca, gdzie zafundowałabym sobie błogie zabiegi. Dlatego czasem odwiedzam salony piękności w mieście. Uwielbiam masaż, ale musi go wykonywać profesjonalista. Bywa bolesny, ale efekty są znakomite. Masaż cudownie działa na moją psychikę. Czuję się wtedy zrelaksowana. Lubię odpoczywać w taki sposób.

W dzisiejszych czasach ludzie dużo pracują, po kilkanaście godzin dziennie. Ciągle w dzikim pędzie, powoli stajemy się robotami i zapominamy, że naszemu ciału też się coś należy. Kosmetyczka, manicure, pedicure – to takie moje minimum.

Nie żałuję także pieniędzy na kremy, kosmetyki, ale nie popadam w skrajności. Krem za 200 zł? Bez przesady. Wielokrotnie się przekonałam, że „drogi” wcale nie musi oznaczać „lepszy”.

Kochać, czyli dbać
Nie potrafię żyć bez miłości. Czasami obserwuję, jak ludzi ogrania szaleństwo i zaczynają zmieniać partnerów
jak rękawiczki. Szczerze przyznam, że nigdy nie byłam z nikim bez miłości. Uczucie uskrzydla, dodaje sił, nadaje życiu blasku. Mam tego piękny wzór w postaci moich rodziców, którzy bardzo się kochają już od 35 lat. Ale miłości nie można traktować jako ciągle buzującego ognia, wiecznej chemii, motyli w brzuchu. Związek przechodzi przez kolejne etapy, które chcemy przeżywać razem z partnerem. Jeśli ktoś się ciągle zakochuje i odkochuje, to dla mnie jest emocjonalnie okaleczony. O uczucie w związku trzeba dbać, pielęgnować je, a ludzie często o tym zapominają, nie rozmawiają ze sobą, zaczynają się mijać. A potem się dziwią, że wszystko się rozpadło. Będąc z kimś, trzeba cały czas się starać.

Dzieci? Na pewno!
Uważam, że bardzo potrzebujemy drugiej osoby, kontaktu z nią, bliskości. Chcemy, żeby ktoś nas pogłaskał po głowie, przytulił, wysłuchał. W przyszłym roku skończę 30 lat. Do tej pory zawsze mówiłam, że po trzydziestce pomyślę o dziecku. A teraz sobie uświadomiłam, że to już „tuż, tuż”. Nie sądzę, żebym miała poczucie, że świat mi się zawali, kiedy urodzę dziecko, jak to czasami zdarza się artystkom. Zobaczymy jak
będzie, ale mam nadzieję, że dobrze. Kiedy już będę staruszką, nie wyobrażam sobie życia bez dzieci czy wnuków. Patrzę na moje babcie, kiedy spotykamy się całą rodziną i myślę, że te spotkania to jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Nie wyobrażam sobie życia w samotności. Owszem, czasami dopadają mnie obawy,
że czas po urodzeniu dziecka może nie być łatwy: będę nieatrakcyjna, bo gruba, zmęczona od ciągłego wstawania w nocy, rozdrażniona, bo dziecko płacze. Ale to jest przecież normalne.

A może stwierdzę, jak wiele kobiet, że dopiero po urodzeniu synka czy córki zaczęło się moje prawdziwe życie.
Kobiety często właśnie wtedy uświadamiają sobie, co jest tak naprawdę w życiu najważniejsze.

Śpiew to moje życie
Punktem zwrotnym w karierze były na pewno moje trzy koncerty na Przystankach Woodstock, o czym mało kto wie. Szczególne znaczenie miał dla mnie pierwszy występ w 1997 roku, czyli jeszcze przed udziałem w „Idolu”. Wywodzę się z bardzo muzykalnej rodziny, choć niewykształconej w tym kierunku. Dziadkowie śpiewali w chórze kościelnym. W ogóle w naszym domu zawsze bardzo dużo się śpiewało, a już obowiązkowo na wszystkich uroczystościach. Od dziecka tym nasiąkałam. Pamiętam moje popisy wokalne do szczotki, dezodorantu czy skakanki, która najbardziej przypominała mikrofon ze względu na sznurek udający kabel. Kiedyś nawet w szale piosenkarskich prób, by zdobyć apaszkę mamy, wspięłam się na segment, który – o zgrozo! – przewrócił się na mnie. Na szczęście nic mi się nie stało. Bardzo żałuję, że po roku zrezygnowałam z nauki gry na pianinie, ale jako mała dziewczynka miałam jeszcze jeden pomysł na życie… Chciałam sprzedawać buty, bo mama koleżanki pracowała w sklepie obuwniczym, a mi się tam strasznie podobało. Potem była koncepcja na prawniczkę, germanistkę. Ale zwyciężyła jedyna prawdziwa pasja mojego życia – śpiew. Teraz wiem, że nie mogło być inaczej. To moja droga życiowa.

Nowy krążek
Pracuję nad kolejną płytą. Nie ukrywam, że duet z Łukaszem Zagrobelnym troszkę mi namieszał w życiu, zmienił mój zawodowy grafik. Ostatnie pół roku kręciło się wokół naszej piosenki „Nie kłam, że kochasz mnie”. Sporo czasu poświęciliśmy promocji tego utworu, czyli na imprezy, wywiady. Razem byliśmy na pięciu festiwalach, sporo koncertowaliśmy. Ucierpiała na tym praca nad moją płytą. Razem pokazaliśmy się jeszcze na rozdaniu nagród Radia WAWA i to była kropka nad „i”.

To był wspaniały czas i wielki sukces, ale moja płyta czeka. Nie sposób nie zauważyć, że firmy fonograficzne są coraz biedniejsze, sprzedaje się coraz mniej płyt, ponieważ niemal każdą piosenkę można dziś znaleźć w internecie. Osobiście jednak uważam, że to właśnie płyta jest czymś szczególnym, daje pełny obraz tego, co artysta ostatnio przeżył, do czego dojrzał, kim jest w danej chwili. Kiedy dostawałam złotą płytę za debiutancki krążek „Przeznaczenie”, trzeba było mieć sprzedanych 35 tysięcy egzemplarzy, jeszcze wcześniej
było to 50 tysięcy, dziś wystarcza ledwie 15 tysięcy. Ale z drugiej strony internet jest olbrzymią szansą dla wielu młodych utalentowanych ludzi, którzy umieszczają tam swoje utwory.

„Idol”
Do tego programu zgłosiłam się w akcie desperacji. Pracowałam wtedy w teatrze Buffo i nie byłam tym zachwycona. Wiedziałam, że to nie jest moje miejsce na ziemi. Śpiewałam tam i trochę tańczyłam. Udział w „Idolu” był fajną przygodą, choć zgłosiłam się tam nie bez obaw. Szczerze? Wcale nie byłam pewna, czy dobrze robię. Dzisiaj tego nie żałuję, choć wierzę, że byłyby jeszcze inne drogi wypłynięcia i pokazania się publiczności. Niewykluczone, że trwałoby to dłużej, ale myślę, że i tak by się udało i nagrałabym swoją płytę. Wielu artystów krytykowało udział w tym programie, że to jest pójście na skróty. Mieli trochę racji, ale z drugiej strony w naszym kraju bardzo ciężko jest osiągnąć coś w świecie muzyki. Trzeba robić wszystko, żeby zostać zauważonym, rozpychać się łokciami, stawać na rzęsach, żeby w ogóle zaistnieć, żeby ktoś miał chęć znaleźć czas i posłuchać twojego demo. Teraz spotkania z jury z „Idola” to przyjemność. Ela Zapendowska zawsze mi szczerze powie, co jej się podoba, a co nie. Z Jackiem Cyganem też jest miło i sympatycznie. Kuba Wojewódzki również był zawsze życzliwy, tylko ostatnio gdzieś mnie obsmarował i stwierdził, że stałam się osobą, która bywa tylko na imprezach. Szkoda, że nie widzi tego, co naprawdę robię zawodowo.

W trosce o świat
Mówi się, że ekologia jest ostatnio w modzie. Nie znoszę tego pojęcia, bo ono nic ze sobą nie niesie. To, że coś jest modne, nie oznacza, że wszyscy nagle mamy być niewolnikami jakiegoś trendu. Chodzi o rozsądne podejście do pewnych spraw.

Już jakiś czas temu mądrzy naukowcy bili na alarm, że z przyrodą nie ma żartów, musimy zacząć coś zmieniać,
bo inaczej wyniszczymy samych siebie. Jak na razie nie znaleziono alternatywnego dla nas miejsca w kosmosie, gdzie moglibyśmy przeżyć. Zresztą, po co szukać, skoro żyjemy na najpiękniejszej planecie. Niedawno znalazłam sporo informacji, które bardzo trafiły do mojej wyobraźni. Na przykład, że gdybyśmy zmniejszyli temperaturę w swoim mieszkaniu tylko o 1 stopień Celsjusza, to rocznie do atmosfery trafiłoby o 360 kg dwutlenku węgla mniej. Albo: zgadnijcie, ile jest w Polsce gatunków zagrożonych roślin. Ponad 2,5 tysiąca! To jest porażające! Nagrałam piosenkę proekologiczną „Bądź światoczuły”. Traktuję ją jako apel do ludzkiej wyobraźni, a proekologiczną postawę jako swój obowiązek, a nie modę.

Na co wydaję pieniądze
Z racji mojej profesji kupuję sporo ciuchów. Kiedyś bardzo to lubiłam, teraz mniej. Czasami zaglądam do szafy pełnej ubrań i myślę: „znowu muszę coś kupić”. Sama dobrze wiem, że to bez sensu. Ale z drugiej strony, jak się pokażę na jakiejś gali dwa razy w tej samej bluzce, to mnie obsmarują w gazetach. Wtedy myślę: „a może dać sobie z tym spokój i chodzić wyłącznie w dżinsach i T-shircie?”. Od czasu do czasu robię z ciuchami porządek – oddaję dziewczynom z mojej rodziny, zresztą ku ich wielkiej uciesze. Brałam także udział w akcji recyklingu ubrań „Zielona szafa”. Wszyscy zainteresowani przynoszą ubrania, których już nie noszą i wzajemnie się nimi wymieniają. Mam w swojej szafie piękną sukienkę Ilony Felicjańskiej. Zdarza mi się również zasilać kontenery PCK.

Sporo pieniędzy wydaję na filmy i koncerty DVD oraz na płyty. Trochę mniej na książki, nad czym ubolewam. Uwielbiam także robić prezenty. Wchodzę do sklepu, widzę coś na półce i przypominam sobie, że na przykład moja siostra mówiła, że jej się to podoba. Więc jej kupuję. Na pewno nie wydałabym kasy na wypasiony sportowy samochód. Są takie, do których mam sentyment, np. stare mercedesy czy ford mustang, bo to już legendy. Kocham też praktyczne terenówki. Mają tylko jedną wadę: spalają dużo benzyny.

Moje miejsce w show-biznesie
Nie lubię określenia „gwiazda”, uważam, że gwiazdy są tylko na niebie. Artyści to ludzie z pasją, którzy mają talent, kochają to, co robią. Ale to chyba byłoby zbyt małostkowe, gdyby tworzyli coś tylko dla sławy. Kocham muzykę, śpiew, koncerty, chcę nagrywać płyty. Wiąże się to z jakąś popularnością, bo oczywiście krążek trzeba wypromować. Minusem bycia częścią show-biznesu jest brak anonimowości, ale wszystko zależy od tego, kogo spotkamy na swojej drodze. Mam pozytywne i negatywne przykłady takich spotkań. Niektórzy czasami zapominają, że jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy wychodzą na scenę, wieczorem dają show, a rano idą do sklepu po bułki czy wodę mineralną i mają też swoje codzienne problemy. Jesteśmy brani pod lupę przez media, ale wiele zależy także od nas samych. Artyści nie mogą mieć pretensji o to, że bulwarówki się nimi interesują, skoro stale opowiadają o swoim życiu, sprzedają swoją prywatność i robią co jakiś czas sesje zdjęciowe z nowym partnerem. W ten sposób
daje się przyzwolenie na ingerencję w swoje życie.

Na razie udaje mi się strzec swoją prywatność, a popularną twarz wykorzystuję do pomagania innym lub promowania
idei, w które sama wierzę – tak jak w ekologię.

Szaleństwo? Proszę bardzo!
Przychodzi mi do głowy taka historia. Wracałyśmy razem z moją menadżerką z jakiegoś udanego koncertu i zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej. Wzięłam myjkę, bo zamierzałam przetrzeć trochę nasze szyby. Nagle patrzę, a obok stoi żółty maluch z dwoma chłopakami w środku. Podeszłam do nich i pytam: „hej, chłopaki, może umyć wam szybki?”. Byli w szoku. Ale takim pozytywnym. Na mycie szyb w końcu się nie zdecydowali, ale chwilę później poprosili mnie, żebym się podpisała markerem na masce ich samochodu. Upewniłam się, czy aby na pewno wiedzą, co robią… i machnęłam – ku uciesze właścicieli – autograf na całej powierzchni maski „maluszka”. Na szalone pomysły nie trzeba mnie długo namawiać.

Marzenia
Chciałabym zakończyć swoją karierę, kiedy ja o tym zdecyduję, a nie doczekać chwili, kiedy ludzie nie będą chcieli już słuchać moich piosenek. Jestem świadoma, co potrafię zrobić ze swoim głosem. Może to nie zabrzmi skromnie, ale mogę o sobie spokojnie powiedzieć, że jestem dobrą wokalistką. I cieszę się, że doszłam tu, gdzie jestem. Pochodzę z małego miasteczka i nie miałam okazji, by od dzieciństwa profesjonalnie szkolić głos. Ale to może i dobrze, bo dzięki temu sama sobie wybrałam nauczycielki: Janis Joplin, Sheryl Crow, Alanis Morissette, Edytę Bartosiewicz i Tinę Turner. Planuję poważnie wziąć się za siebie. Próbuję trochę komponować, pisać teksty. To, czy się sprawdzę w tych dziedzinach, okaże się wkrótce, przy pracy nad moją trzecią płytą. Poza muzyką bardzo lubię fotografię. Wiele razy obiecywałam sobie, że kupię porządny aparat i nie zrobiłam tego. Ale niedawno dostałam lustrzankę cyfrową w prezencie urodzinowym. Biorę ją ze sobą wszędzie i pstrykam zdjęcia. Na razie jakieś 70 procent z nich nadaje się do wyrzucenia, ale ja się nie zrażam i próbuję dalej w myśl zasady: trening czyni mistrza. Dokumentuję ważne wydarzenia z mojego życia. To też było jedno z moich pragnień: nauczyć się robić dobre zdjęcia. Lubię marzyć, jak każdy. A najważniejsze marzenie już mi się spełniło:
robię to, co kocham!

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH