Krzysztof Kolberger

Krzysztof Kolberger, czyli Romeo na wieki


Odszedł wybitny aktor i reżyser, wspaniały człowiek, pełen życzliwości, optymizmu i pogody ducha. Hipnotyzował swoim głosem, ale także swoją osobowością.

Niewielu potrafi wczuć się w rytm poezji, tak jak potrafił Krzysztof Kolberger, zwłaszcza w rytm poezji romantycznej, miłosnej, emocjonalnej. Uczuciowość romantyczna była Mu na pewno najbliższa, choć przecież nie należał do ludzi czułostkowych czy wylewnych. Owszem, ulegał wzruszeniu, ilekroć spotykał się z przejawami ludzkiej solidarności i przyjaźni, a tych, którzy w jego otoczeniu wspierali go w walce z chorobą, było wielu.

Talent i siła
Aktorstwa uczył się u wielu mistrzów, zaczynał w Teatrze Śląskim, pod skrzydłami Ignacego Gogolewskiego. „Kiedy po pierwszym roku usłyszeliśmy, że gorszego rocznika nie było w historii szkoły, to właśnie Gogolewski podtrzymał w nas wiarę, że nie jest z nami tak źle. Udowodnił to, zabierając sześć osób do Katowic, gdy obejmował dyrekcję teatru” – wspominał Krzysztof Kolberger, który znalazł się w tej grupie. Na Śląsku zabawił jednak tylko jeden sezon. Potem rozwijał swój talent w Teatrze Narodowym, u Adama Hanuszkiewicza, gdzie zagrał tytułową rolę w zapomnianym poemacie (romantycznym!) „Wacława dzieje” (1973) Stefana Garczyńskiego, a potem żywiołowo Jaśka w „Weselu” (1974) Stanisława Wyspiańskiego. W Teatrze Telewizji zachwycił jako subtelny, żarliwy Romeo z tragedii Szekspira (w reżyserii Jerzego Gruzy), a na deskach Teatru Współczesnego – jako tytułowy Lorenzazzio, postać moralnie dwuznaczna z romantycznej komedii Musseta. „Lorenzaccio” (1986, reż. Krzysztof Zaleski) to rzecz o mścicielu. Bohater popełnia te same zbrodnie, co zwalczany przezeń władca, aby położyć tym zbrodniom kres. Jego zemsta staje się dramatem jednostki upadającej w moralną przepaść. Krzysztof Kolberger ten dramat odsłonił z ogromną siłą.

Sceniczne metamorfozy
Mając tzw. warunki i niepowtarzalny głos, o załamującym się drżeniu, mógł poprzestawać tylko na tym, nie szukając innych form ekspresji – i tak byłby kochany. A jednak z upodobaniem przebierał się, przybierał inne maski, dążył do doskonałości, do perfekcji warsztatowej. Tak było, kiedy z odwagą i ufnością, już jako aktor dojrzały i uznany podjął współpracę z jednym z najbardziej oryginalnych inscenizatorów polskich, Januszem Wiśniewskim, który w Teatrze Narodowym przygotowywał widowisko „wybrałem dziś zaduszne święto” (1999), osnute na motywach „Samuela Zborowskiego” i innych utworach Juliusza Słowackiego. „To było spotkanie z zupełnie inną poetyką, ale dlatego tak dla mnie fascynujące” – wspominał Krzysztof Kolberger, który zagrał w tym spektaklu Lucyfera. W masce nawiązującej do malarstwa Boscha, nie do rozpoznania pod kunsztowną charakteryzacją, grał jak natchniony. Poddany odmiennemu niż nawykł rytmowi działań scenicznych, poniekąd ograniczony (maska eliminowała mimikę), demonstrował nieznane wcześniej umiejętności. Odtwórca wielu romantycznych ról bohaterskich na tej samej scenie przed laty, zdumiewał swą metamorfozą w pokrętnego (dosłownie i przenośnie) Lucyfera, reżysera wielu działań, kontrolera dusz ludzkich, wiecznego buntownika i kreatora. Hipnotyzował swymi monologami stopionymi z postacią, jej ruchem, gestem, plastycznym kształtem. Najbardziej ucieszył się, kiedy na scenie nie rozpoznała go nawet własna matka. Rasowy aktor!

Oddany roli
Odwagi mu nie brakowało, kiedy wcześniej występował w spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego „Zachodnie wybrzeże” według Bernard-Marie Koltèsa, budując narkotyczną atmosferę tego spektaklu. Przedstawienie oceniano rozmaicie, ale rolę Kolbergera wyłącznie entuzjastycznie.

Aktor chętnie podejmował wycieczki w zupełnie inną stronę, do form kameralnych, tradycyjnych, dających aktorowi szansę stworzenia krwistej postaci. Tak było na przykład w „Kocham O’Keeffe” Lannie Robertsona, perełce konwersacyjnego dramatu, rodem z Shawa, zakotwiczonej w legendzie sztuki amerykańskiej. Pełen pasji i wzajemnej fascynacji związek malarki Giorgii O’Keeffe i fotografika i kreatora wystaw plastycznych Alfreda Stieglitza stał się kanwą tej inteligentnej sztuki, którą Kolberger adaptował, reżyserował (w stołecznym teatrze Bajka w 2005 roku), i w której jednocześnie zagrał Alfreda u boku Małgorzaty Zajączkowskiej. Kolberger początkowo ukazywał tajoną i powściąganą fascynację nieznaną, nieco arogancką dziewczyną, potem stawał się jej niewolnikiem, choć i on od czasu do czasu odsłaniał swoją rogatą duszę. Jak zwykle z wielką energią oddany roli, wierzył w Alfreda. To było przedstawienie, które pomagało się wyprostować, smakować urodę życia. Obecni na premierze autor, a także wykonawcy broadwayowskiej prapremiery, Stacy Keach i Margot Kidder, byli zachwyceni.

Dawał nadzieję
Nie brakowało mu optymizmu ani poczucia humoru. Z pogodą ducha i wiarą w zwycięstwo toczył nierówną walkę z rakiem. Dawał nadzieję innym, zresztą kiedyś jakaś gazeta błędnie poinformowała, że już nie żyje i przyjął to za dobry omen. Lekarze mówili, że żyje na kredyt.

Zawsze serio traktował podjęte zobowiązania, nieważne czy dotyczyły spraw naprawdę ważnych, czy błahostek. Nawet wtedy, kiedy przyszedł na bal „Aktorskie ostatki” przebrany za graną przez siebie postać z serialu „Ekstradycja”, do końca nie wypadał z roli, przechadzając się wśród gości z kamienną, nieodgadnioną miną, w długim prochowcu i ciemnych okularach. I jak on, potrafił powiedzieć proste słowa z wiersza Norwida:
Daj mi wstążkę błękitną – oddam ci ją
Bez opóźnienia…

Nikt nie pyta Cię o zdanie, weź udział w Teście Zaufania!

To 5 najczęściej kupowanych leków na grypę i przeziębienie. Pokazujemy je w kolejności alfabetycznej.

ASPIRIN C/BAYER | FERVEX | GRIPEX | IBUPROM | THERAFLU

Do którego z nich masz zaufanie? Prosimy, oceń wszystkie.
Dziękujemy za Twoją opinię.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH