Wolałbym NIE

Wolałbym NIE


Pani Aniu*, przepraszam, że w formie niby-listu czy też niby-rozmowy, ale już od wielu miesięcy winien jestem pani tekst o kolejnych przygodach z książkami, i nie potrafię swoich przyrzeczeń spełnić.

Co gorsza, od wielu miesięcy (jeśli nie od ponad roku) siedzę nad pustą kartką (metaforycznie) wciąż z tym samym tematem, bohaterem czy też książką/książkami w głowie. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, iż być może to wybrana przeze mnie – już dawno temu – książka, powstrzymuje mnie od pisania, wręcz hamuje moje pisanie. Książka fascynująca. Arcydzieło, ale arcydzieło zdecydowanie przekraczające ramy literatury (pewnie na tym przekraczaniu zresztą polega każde arcydzieło), ingerujące bardzo agresywnie w intymność i autonomię czytelnika. „Kopista Bartleby” Hermana Melville.

Melville’a znałem do niedawna jedynie z „Moby Dicka”, książki pochłoniętej w młodości, ale nie do końca przeżytej, nawet potraktowanej z rezerwą. No tak, ale do pewnych książek się dorasta, trzeba dać i sobie, i książkom czas, a ja amerykańskiemu pisarzowi czasu nie dałem. Owszem, narastał we mnie, z czytelniczymi latami, swoisty dyskomfort, że jako tako tylko poznany przeze mnie „Moby Dick” stanowi niezwykły punkt odniesienia dla wielu pisarzy, których twórczość niezwykle sobie ceniłem, i których listy lektur dokładnie śledziłem. Niewątpliwie trzeba wrócić do tej legendarnej powieści, i poznać dobrze Hermana Melville’a, bo pisarz to zaiste osobny i wielki. Na amerykańskiego twórcę naprowadzał mnie już od jakiegoś czasu, wspominany na tych łamach już kilkakrotnie hiszpański pisarz Enrique Vila-Matas, który ze swych fascynacji literackich uczynił kawał literatury. W Polsce ukazały się dotąd trzy – najbardziej, moim zdaniem, reprezentatywne dla jego pisarstwa – książki: „Krótka historia literatury przenośnej”, „Bartleby i spółka” i „Paryż nigdy nie ma końca”. Dwie pierwsze są częścią cyklu metaliterackiego (należą do nich jeszcze „El mal de Montano” i „Doctor Posavento”), poprzez który barceloński pisarz usiłuje zmierzyć się z takimi fenomenami literackimi, jak pisarskie milczenie, minimalizm twórczy, pisarski paraliż, twórcza niemoc. „Bartleby i spółka” to z jednej strony hołd oddany autorowi „Kopisty Bartleby’ego”, ale również zabawa literacka i studium pewnych zachowań pisarzy. Vila-Matas określa ich (wychodząc od specyficznego zachowania Melville’owskiego bohatera, reagującego na jakąkolwiek prośbę, propozycję czy nawet rozkaz nieodmiennym „Wolałbym nie”) jako Bartlebych literatury, przedstawicieli literatury „Nie”, czyli pisarstwa zanikającego, samounicestwiającego się, milknącego. To przypadki Meksykanina Juana Rulfo, który po napisaniu „Pedro Paramo”, arcydzieła dwudziestowiecznej literatury nie tylko iberoamerykańskiej, niemal całkiem zamilkł. To znany przypadek Arthura Rimbauda. To dla Vila-Matasa Sokrates, który słowa nie napisał. To pisarze, którzy porzucają pisanie, bo popadają w szaleństwo (Friedrich Hölderlin, Robert Walser). To tacy pisarze, jak Jerome Salinger, Thomas Pynchon. Tej fascynującej wędrówce po literaturze, w której przeważa niepisanie, milczenie i szaleństwo, patronuje postać-cytat, do której Vila-Matas wciąż się odwołuje, ale nie dookreślając jej, marginalizując, przytłaczając właściwie tymi pisarzami, którzy w tytule książki stanowią jedynie część „spółki”.

I pewnie ostałbym się z wyobrażeniem Bartleby’go (a właściwie brakiem wyobrażenia), jakie mogłem wynieść z lektury vila-matasowskich dywagacji, gdyby nie przyjaciel, który zdołał nie tylko powiadomić mnie, że właśnie skończył czytać książkę, po której nie może dojść do siebie, ale szybko mi ową książkę podarował, bym po jej przeczytaniu towarzyszył mu w tym niedochodzeniu do siebie (przyznał mi się później, że książką tą obdarował grono najbliższych przyjaciół). Był to „Kopista Bartleby” Hermana Melville’a, w przekładzie Adama Szostkiewicza, wydany przez wydawnictwo Sic! w serii „Wielcy pisarze w nowych przekładach”. No i nie mogę dojść do siebie. Narrator tej opowieści (asystent cywilny Sędziego Kanclerza w stanie Nowy Jork) relacjonuje nam swoje spotkanie z zatrudnionym w jego kancelarii kopistą Bartlebym, który specjalistą w swoim fachu był wybornym, ale który na każdą prośbę, rozkaz, służbowe polecenie odpowiadał nieodmiennie: „Wolałbym nie”. Jego pracodawca i nasz opowiadacz w jednej osobie, zdumiony z początku reakcją podwładnego (może nawet oburzony), nie wyciąga wobec Bartleby’ego żadnych konsekwencji. Wikła się właściwie w przedziwną grę, w której coraz częściej słyszy coraz bardziej spodziewane, co nie znaczy, że niezaskakujące, a nawet absurdalne: „Wolałbym nie”. A czytelnik wikła się razem z zacnym asystentem Sędziego, chcąc wreszcie rozwikłać zagadkę owej uporczywej odmowy, w przyczyny tajemniczego zachowania kopisty Bartleby’ego, o którym już samym początku czytamy: „Nie wiem o Bartlebym nic ponadto, co ujrzałem na własne zdumione oczy, kiedy miałem z nim osobiście do czynienia, oraz nie licząc jednej niejasnej relacji, która pojawi się w dalszym ciągu tej opowieści”. A nieco dalej opis bohatera: „blado schludny, żałośnie szacowny, nieuleczalnie samotny”. Po niespełna 60 stronach opowieści (bo tyle stron liczy sobie arcydzieło Melville’a) w pełni rozumiemy owe początkowe wynurzenia narratora – nic więcej o Bartlebym nie da się powiedzieć. Jego odmowa wszystkiego, konsekwentne „Wolałbym nie”, aż do samounicestwienia, pozostaje bez odpowiedzi. To usuwanie się na margines, w cień, to niby-przepraszanie, że żyję, powoduje, że o Bartlebym nie wiemy nic, poza tym, że był kopistą, zmarłym w nowojorskim więzieniu, gdzie znalazł się pod zarzutem włóczęgostwa. Zwięzłe „Wolałbym nie” mnoży pytania, wątpliwości, hipotezy, fabuły, dyskursy filozoficzne, psychiatryczne. Jeden szary człowieczek i jego dwa słowa, bo nawet nie zdanie, i taki Kosmos.

Nie dziwię się, że mój przyjaciel nie mógł dojść do siebie po tej lekturze. Ja, pani Aniu, też jeszcze nie mogę do siebie dojść. Do tego stopnia, że najchętniej zasiliłbym ową rzeszę pisarskich Bartlebych, przedkładających milczenie nad słowo pisane. A Hermana Melville’a trzeba jak najszybciej polskim czytelnikom przypomnieć, bo coś mi się zdaje, że w swoim europocentryzmie zepchnęliśmy go do czyśćca literatury.

Carlos Marrodán Casas

*Anna Rogala, sekretarz redakcji „Świata Lekarza”

Nikt nie pyta Cię o zdanie, weź udział w Teście Zaufania!

To 5 najczęściej kupowanych leków na grypę i przeziębienie. Pokazujemy je w kolejności alfabetycznej.

ASPIRIN C/BAYER | FERVEX | GRIPEX | IBUPROM | THERAFLU

Do którego z nich masz zaufanie? Prosimy, oceń wszystkie.
Dziękujemy za Twoją opinię.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH