Justyna Sieńczyłło

Justyna Sieńczyłło – To, co dla mnie najważniejsze


Justyna Sieńczyłło, aktorka obdarzona także talentem wokalnym. Prywatnie szczęśliwa żona aktora Emiliana Kamińskiego i matka dwóch synów. Jak sama mówi, najważniejsza jest dla niej rodzina. A jeżeli ma się tak ustawione priorytety, to reszta sama się układa.

Jak widzę czarnego kota, zawsze spluwam przez ramię. Kiedyś tego nie zrobiłam i chwilę później dostałam mandat za niezapalenie świateł w samochodzie. A teraz moje, nasze życie zwariowało, więc tym bardziej uważam i losu nie kuszę. Niby nie jestem przesądna, ale… Licho nie śpi.

Więzi
Najważniejsza dla mnie była i jest rodzina. Zaraz potem teatr. Właściwie to się nieustannie w moim życiu przeplata, splata i plącze. Tam, skąd pochodzę, czyli na Białostocczyźnie, więzi rodzinne są bardzo ważne. W ogóle rodzina jest bardzo ważna. Swoje dzieciństwo wspominam jako okres szczęśliwy i bezpieczny. Dzieci, które się rodziły, były owocem miłości i były obdarzane miłością. Moja rodzina jest rodziną wielopokoleniową i uważam, że jest to dar od losu.

Mam też trzy wierne przyjaciółki, z którymi przyjaźnię się od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Do tej pory jesteśmy sobie najbliższe. Gdy mamy jakieś poważne problemy, radzimy się siebie. Lubimy być razem, spotykać się. Nie jest to łatwe, bo jedna jest w Krakowie, druga w Białymstoku, a trzecia w Warszawie. Ale wiemy, że zawsze możemy na siebie liczyć.

Ważne rozmowy
W moim domu rodzinnym dzieci uczestniczyły w życiu domu, były wciągnięte w jego sprawy i problemy, nawet te trudne.

Brak jakichś większych potknięć w swoim życiu zawdzięczam temu, że w moim domu bez przerwy się rozmawiało. O wszystkim, także o tym, co niepokoiło czy bolało. Rozmawiało się nie tylko o naszych rodzinnych kłopotach czy problemach, ale również o problemach przyjaciółek moich i mojej siostry. Nie było to żadne wścibstwo, lecz chęć pomocy w rozwiązywaniu różnych spraw. Do nas się przychodziło, żeby porozmawiać, poradzić się.

Dom moich rodziców to była taka rozmównica. Może dlatego, że ten dom zawojowały kobiety? Dziadek zginął w łagrach. Tata był rodzynkiem i chyba czuje się nieźle w tym babskim stadle. Potrafi gotować, robić przetwory itd. Nas, to znaczy mnie i siostry, właściwie ciągle nie było w domu, bo miałyśmy masę zajęć. Rodzice dbali o nasze wykształcenie: uczyłam się baletu, chodziłam do szkoły muzycznej, śpiewałam, grałam na gitarze… A jak byłyśmy w domu, to też stracone dla świata, bo gadałyśmy bez końca. Do dzisiaj, gdy mamy już swoje życie, nie ma dnia, żebyśmy do siebie nie zadzwoniły.

Od stron rodzinnych odskoczyłam już daleko. Wrosłam tutaj, w ten dom, w Warszawę i tu jest moje miejsce na ziemi. Ale mentalnie, uczuciowo, stale jestem także tam. Tam są moje korzenie, tam są moi rodzice, tam jest moje gniazdo, w którym się urodziłam i wyrosłam. Lubię tamte tereny, lubię tamtych ludzi, lubię tam pojechać, powędrować znanymi ścieżkami, pooddychać tamtą atmosferą, tamtym klimatem.

Emilian
Zanim poznałam Emiliana, myślałam: „każdy, tylko nie aktor”. Dlaczego? Wydawało mi się, że jak się zwiążę z aktorem, to będę nieszczęśliwa, bo on będzie stale kłamał. To przecież taki zawód. Bardzo się myliłam! Emilian jest człowiekiem szczerym i prawdomównym. Poza tym przez całe życie robił wiele różnych rzeczy i często mam wrażenie, że aktorstwo to tak naprawdę jedno z jego hobby. On ma tyle pasji, a ja chciałabym być największą spośród nich.

Jesteśmy przyjaciółmi – to dla mnie najważniejsze. Bo przyjaciel to ktoś, kto nigdy nie zawiedzie. Nasze małżeństwo to zrozumienie, kopanie piłki do jednej bramki. Jeżeli ma się tak ustawione priorytety, to reszta idzie jakby sama, sama się układa. Mąż aktor to genialny pomysł i fantastyczna sytuacja. Wygrałam los na loterii.

Emilian jest nie tylko mężem i przyjacielem, ojcem naszych dzieci, ale i moim Mistrzem. Często się go radzę w sprawach zawodowych, przyjmuję z zaufaniem jego uwagi. On ma większe doświadczenie, więcej wie, poza tym potrafi spojrzeć z boku, mieć dystans, zobaczyć mnie jako aktorkę, która coś proponuje i zapomnieć w danej chwili, że jestem jego żoną.

Pierwszy raz spotkaliśmy się z Emilianem, gdy miałam trzynaście lat i brałam udział w castingu do „Szaleństw panny Ewy”. Mąż żartuje, że już wtedy zauważył i na całe życie zapamiętał moje „cudowne oczy”… Potem nasze drogi zeszły się na scenie. „Wyswatała nas”, jak się śmiejemy, Krystyna Janda, bo obsadziła nas w „Na szkle malowane” Ernesta Brylla. Zaczęło się więc artystycznie. Emilian grał Janosika i strasznie się we mnie kochał. Wtedy bez wzajemności. Jego podchody trwały dość długo, były romantyczne i była to lekcja zalotów w dobrym, pięknym stylu. Jak mogłam nie ulec?! Otrzymywałam bukiety kwiatów, koszyczki z poziomkami pięknie zapakowane od… tajemniczego wielbiciela. Nie przypuszczałam, że tym tajemniczym wielbicielem jest Emilian. W końcu była romantyczna kolacja i… Niektórzy pytają mnie, co mnie tak zauroczyło w Emilianie, że wyszłam za niego. To uczucie decyduje o takich wyborach. To ten typ mężczyzny, przy którym nie można się nudzić, który „boksuje się” z życiem i nie pozwala innym na stanie w miejscu. Ciągle mnie fascynuje. Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem ze stażem i dwojgiem dzieci: starszy syn Kajetan, młodszy Cyprian.

Dom
W podwarszawskim Józefowie mamy dom, który został zbudowany w 1900 roku. Dom to nasza pasja, azyl, przyjaciel. Gdy się do niego wprowadzaliśmy, miał swoją duszę. I myśmy go nie przekabacili po naszemu, ale wprowadziliśmy tylko nieco inną tonację. Otacza go wspaniały ogromny ogród, w którym rosną drzewa zasadzone jeszcze ręką hrabiego Podwysockiego. Wśród nich niezwykłe drzewo czeremchy, które w lecie cudownie pachnie. Ale najważniejszą część ogrodu stanowi uprawa winogron. Zajmuje powierzchnię 4 tys. metrów. Są to bardzo stare i szlachetne szczepy, które mąż dostał od najlepszych hodowców. Nadają się do uprawy na piaszczystym podłożu, a takie właśnie jest w Józefowie. Winobranie to ważne wydarzenie, na które cała rodzina czeka z niecierpliwością. Owoce zbieramy po pierwszych przymrozkach. Mąż robi z tych winogron na domowy użytek fantastyczne wino. Ma ono piękny rubinowy kolor, zapach o wyjątkowo subtelnej nucie, a przede wszystkim wyjątkowy bukiet. Ja przyrządzam z owoców soki oraz dipy do polewania naleśników i lodów.

Proza życia
W naszym domu rozmawia się wszystkim. Ostatnio niemal nieustannie o naszym nowym teatrze „Kamienica”. Dzieci także uczestniczą w tych rozmowach. Starszy syn (ma 10 lat), gdy usłyszał o kłopotach finansowych teatru, pobiegł po swoją skarbonkę i wszystkie swoje oszczędności dał tacie na teatr. Był przy tym bardzo poważny i przejęty.

Każdy z nas ma swoje zainteresowania, ale mamy też wspólne pasje, które ubarwiają i dopełniają nasze życie rodzinne. Czynią je smakowitszym. Staramy się, by codzienność była piękna i byśmy ją wspólnie budowali.

Czy w naszej rodzinie nie ma konfliktów, sprzeczek, kłótni? Oczywiście, że są. Ale Emilian, podobnie jak ja, uważa, że zawsze trzeba rozmawiać, że to jedyna droga do wzajemnego zrozumienia i rozwiązywania problemów, także konfliktów. Nie przypominam sobie chwil milczenia w naszym domu. Nie było nigdy tzw. ciężkiej ciszy. Rozmowa to jeden ze sposobów na utrzymywanie związku w zdrowej atmosferze. Niczego nie zostawiamy na później, bo to się nie opłaca. Narastają wtedy urazy, niedopowiedzenia i coraz trudniej jest się z tego bezboleśnie wywikłać. Lepiej się od razu pokłócić, posprzeczać, niż czekać z tym dzień, dwa czy tydzień. Że wtedy czasem górę biorą emocje? Że się w jakimś zapędzeniu powie czasem trochę za dużo? Że się jest niesprawiedliwym? To naturalne. Oczywiście, żadne z nas nie przekracza pewnych granic, nie obrażamy się nawzajem, bo… nie. Po prostu tego nie potrafimy i nie chcemy. Oboje jesteśmy ludźmi dobrze wychowanymi, o pewnej kulturze osobistej, mamy pewne zasady i szacunek dla siebie oraz innych. Zresztą, nie chodzi przecież o to, żeby się wzajemnie zranić, ale żeby rozwiązać coś, co wywołało wrzenie. A ranieniem się ani obraźliwymi słowami się tego nie osiągnie. Wyjaśniamy to, co leży nam na sercu. Nie jesteśmy drobiazgowi, więc sprawy nieważne nie są przyczyną nieporozumień.

Teatr
W tej chwili wszystko zdominowała budowa teatru. Całe nasze życie jest temu podporządkowane. Oficjalne otwarcie coraz bliżej, a pracy stale dużo, dużo, dużo. Ale to oczywiście sytuacja przejściowa. Zawsze na pierwszym miejscu jest rodzina. W tej chwili bronię się przed zbyt mocną ingerencją teatru w nasze życie rodzinne. Bardzo się staram, żeby ta budowa teatru nie oddaliła nas od dzieci, żeby miały poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście trudno jest znaleźć czas, ale chłopcy to rozumieją. Zresztą na tyle, na ile jest to możliwe, uczestniczą w sprawach teatralnych. Rozmawiamy z nimi jak z partnerami, a nie małymi dziećmi. Nie odsuwamy ich od trudnych spraw, problemów, które nas dotykają. Dzieci lepiej lub gorzej się w to wtapiają. Próbują same sobie z tym dawać radę, a to uczy samodzielności, która w życiu jest przecież bardzo potrzebna. To nie jest łatwa sytuacja. Wszystko podporządkowane jest temu teatrowi. Mamy kredyty, mamy pieniądze unijne – z tego wszystkiego trzeba się bardzo skrupulatnie w określonych terminach rozliczać. Pomagałam Emilianowi wtedy, kiedy mogłam, to znaczy wtedy, gdy nie cierpiały na tym dzieci. Zawsze dużo pracowaliśmy, więc są przyzwyczajone do naszej nieobecności, wiedzą, że rodzice pracują. Na szczęście są babcie, są ciocie. Jak większość kobiet, staram się pogodzić życie zawodowe z prowadzeniem domu. Dlatego skrzętnie wykorzystuję każdą chwilę. Najczęściej robię dwie rzeczy równocześnie. Kiedy przygotowuję przetwory do spiżarni czy coś smacznego pitraszę w kuchni, przy okazji powtarzam tekst roli.

Coraz bliżej jest dzień oficjalnego otwarcia teatru i mamy nadzieję, że potem nasze życie rodzinne trochę znormalnieje. Jak już będzie szedł spektakl za spektaklem, skończą się sprawy budowlane, to wszystko wskoczy na swoje miejsce…

Mam nadzieję, że będzie to teatr, w którym będą się spotykały rodziny, gdzie oprócz spektakli rodzice będą przychodzili z dziećmi na wspólne zabawy, rozmowy. Chcemy tam stworzyć klimat, którego – uważam – w Warszawie brakuje. Takiej konsolidacji i pobycia razem. Czy nam się to uda? Zobaczymy.

Mój dzikus
Pierwszym spektaklem będzie sztuka już grana przeze mnie, więc sprawdzona pod każdym względem. Dlaczego? Bo to daje poczucie pewnego bezpieczeństwa, a jest ono nieodzowne. Poza tym otwarcie nastąpi wraz z rozpoczęciem karnawału i jest to bardzo dobra sztuka na tę okazję. Dowcipna, wypełniona magią teatru, wymagająca licznych zmian kreacji, środków wyrazu, tempa. Jej tematem jest oczywiście mężczyzna. I w tym momencie większość czytelników już wie, o jakiej sztuce mówię.

„Mój dzikus” to tekst napisany dla mnie przez mojego męża i Jana Jakuba Należytego. Sztuka o mężczyznach opowiadana przez kobietę. Jako jedynka wśród trzech budrysów (mąż i dwaj synowie) mam o mężczyznach dużo do powiedzenia. Przynajmniej tak myśli mój mąż. Sztuka mówi o sprawach codziennych w niecodzienny, zabawny, lekki sposób. – Do spektaklu mam stosunek emocjonalny, ponieważ jest bardzo rodzinny. Napisałem go i wyreżyserowałem dla żony, muzykę stworzył Marek Kulikowski, znający Justynę od dziecka, scenografię zrobiła jej przyjaciółka Jolanta Pachowska-Korzewska, oprawę graficzną matka chrzestna Barbara Frąckowiak, a gra Justyna
– wtrąca Emilian Kamiński przysłuchujący się rozmowie.

Życiowy bagaż
Często myślę o tym, co tak naprawdę jest najważniejsze, co powinniśmy przekazać naszym synom jako życiowy bagaż. Na pewno miłość, bo daje ona siłę, napęd, szczęście, poczucie bezpieczeństwa. Dzieci powinny mieć to poczucie, że mogą wszystko, mogą próbować, bo mają zaplecze, mają rodziców, którzy nigdy się od nich nie odwrócą. Rodziców, którzy je wspierają mimo wszystko. Poczucie bezpieczeństwa i zaufanie to jest strasznie dużo. To daje wiarę w siebie i niesamowitą siłę. Wiara w siebie czyni cuda. A to jest ogromnie ważne.

W dzisiejszym świecie dzieci mają dostęp do wszystkiego. Nie mają za czym tęsknić, nie mają właściwie szans na dokonywanie wyborów, bo im się za dużo rzeczy podsuwa jako gotowce. To stale wzbudza nasz niepokój. Ja swoim dzieciom może nawet za bardzo ograniczam dostęp do wszystkiego. Ograniczam gry komputerowe, nie otaczam gadżetami i zabawkami, nie kupuję wszystkiego, co pragnęliby mieć. Starszy syn ma duże zastrzeżenia do wprowadzanej przeze mnie dyscypliny, do tego wydzielania gier, za którymi dzieci tęsknią… A ja właśnie chcę, żeby on tęsknił. Boję się, żeby mu się nie przewróciło w głowie, ale i żeby nie stępiły się u niego emocje. Każdą chwilę poświęcam na poważną rozmowę, więc chyba niedługo moje dziecko będzie mnie miało serdecznie dosyć. Jak go odwożę do szkoły, to są to też poważne rozmowy na poważne tematy. Może przesadzam…

Spotkanie z Justyną Sieńczyłło odbyło się jeszcze przed oficjalnym otwarciem Teatru „Kamienica”.

Nikt nie pyta Cię o zdanie, weź udział w Teście Zaufania!

To 5 najczęściej kupowanych leków na grypę i przeziębienie. Pokazujemy je w kolejności alfabetycznej.

ASPIRIN C/BAYER | FERVEX | GRIPEX | IBUPROM | THERAFLU

Do którego z nich masz zaufanie? Prosimy, oceń wszystkie.
Dziękujemy za Twoją opinię.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH