Katarzyna Kwiatkowska

Parodię mam we krwi – Katarzyna Kwiatkowska


Katarzyna Kwiatkowska to aktorka urodzona do komedii.
Już od kilku lat bawi nas występując w programie „Szymon Majewski Show”, gdzie wciela się w znane postaci, m.in. Krystynę Jandę czy Dodę.

To jest dar
Moje życie zawodowe tak się potoczyło, że w tej chwili większość osób kojarzy mnie z parodiowaniem. Umiejętność parodiowania to jest dar, nie można się tego nauczyć. Wielu z nas, aktorów, ma takie zdolności, ale tak się składa, że nie wykorzystuje ich w życiu zawodowym. Po prostu bawimy się za kulisami. Na przykład Bartek Opania jest świetnym parodystą. Ja też zawsze lubiłam się wygłupiać. Często były to wygłupy oparte na przedrzeźnianiu kogoś, ale nigdy nie przywiązywałam do tego wagi. Do głowy mi nie przyszło, że można na tym zarabiać. To zaczęło się już w przedszkolu. Jeśli pojawiła się jakaś dziwna pani, to wiadomo było, że szykuje się świetna zabawa. To samo w podstawówce. Tyle tylko, że miałam tam wsparcie, bo do szkoły chodziłam z Magdą Stużyńską. Obie bardzo wcześnie wiedziałyśmy, że chcemy być aktorkami. To było nasze marzenie, ale czy się uda, to był wielki znak zapytania. Nasz wspólny czas w szkole to była świetna zabawa – ośmioletni happening przerywany wakacjami. Fajnie się złożyło, że tak wcześnie w życiu na siebie wpadłyśmy i ta przyjaźń trwa. Nawet mieszkamy przy tej samej ulicy. Magda doskonale potrafi wyłapać charakterystyczne cechy różnych typów osobowości. Jest świetna we wszelkiego rodzaju dresiarach. Rewelacyjnie naśladuje nowoczesne kobiety sukcesu, które posługują się nowomową show-cool-biznesową, czyli charakterystycznym językiem, w którym dominują wspaniałe zwroty, typu: „proszę cięęę…”, „nieee, no bastaaa!” i to beznadziejne pytające „tak?” na końcu.

Wewnętrzny „pstryk”
Kiedy zaczęłam występować w programie Szymona Majewskiego, parodiowałam tylko Krystynę Jandę. Ale tę postać musiałam, oczywiście, dopracować. Tak naprawdę praca nad postacią nigdy nie ustaje. Ciągle oglądam nowe materiały, przyglądam się bohaterowi w różnych sytuacjach, dopatruję się szczegółów, które wcześniej mi umknęły. Żeby dobrze parodiować, muszę być z osobą parodiowaną w ciągłym „kontakcie”. Przecież ci ludzie też się zmieniają. Zawsze staram się dostrzec różne odcienie danego człowieka: różnorodność temperatur jednej emocji – przecież cieszymy się, śmiejemy albo denerwujemy na różne sposoby. Mam taki moment, że coś mi tak jakby „pstryka” w środku i wtedy już wiem, w czym rzecz. Czasami wręcz odnoszę wrażenie, że dopada mnie schizofreniczne uczucie, że mam twarz tego człowieka. Tak się dzieje, kiedy dobrze „czuję” postać, np. Magdę Gessler. Kiedy ją parodiuję, mam wrażenie, że się kompletnie w nią zamieniam i że jestem całkowicie do niej podobna. Są także osoby, których tak dobrze „nie czuję”. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że są obok mnie. Wtedy o wiele więcej pracy kosztuje mnie zrobienie ich. Dobrym przykładem jest Kasia Cichopek, która ma niewiele charakterystycznych cech, poprawnie mówi. Można jej zarzucić tylko tyle, że jest niezwykle słodka. I Kasia w moim wykonaniu nie jest dokładnie taka, jak w rzeczywistości. To tylko moja propozycja jej postaci, która wydaje mi się podobna. Doda z kolei ma dużo charakterystycznych szczegółów, które są dobrymi punktami zaczepienia: począwszy od melodii frazy, przez cały zestaw niedoskonałości dykcyjnych, specyfikę języka, na „strzelaniu” oczami skończywszy. Do tej pory mam problem z jej śmiechem. Muszę być naprawdę dobrze rozćwiczona – mieć rozgrzany aparat mowy i przeponę, żeby dobrze „zrobić” jej śmiech. Nieczęsto spotykam osoby, które parodiuję, w związku z tym trudno mi powiedzieć, jakie są ich reakcje. Ale podejrzewam, że nie najgorsze. Zdają sobie sprawę, że nawet jeśli się z nich śmiejemy, to znaczy, że są na tyle ciekawe, że warto się nimi zajmować. Poza tym to chyba niezła reklama dla nich. Słyszałam, że Nelly Rokita jest zadowolona z tego, że jest parodiowana u Szymona. Podobno to lubi. Często jestem pytana o reakcję Krystyny Jandy. Nie mam pojęcia, co o tym myśli. Chyba raczej nic. Pani Krystyna ma dwa teatry, właściwie nie schodzi ze sceny… Gdzie w tym wszystkim czas na przejmowanie się kimś, kto nakłada perukę i wygłupia się, że nią jest…? Czasami mijamy się gdzieś w teatrze „Polonia” i mówimy sobie dzień dobry. Ale właściwie się nie znamy. Ja natomiast jestem wielką admiratorką, fanką pani Krystyny. No dobra, śmieję się z niej, ale to wynika z podziwu, bo doceniam jej gigantyczną kreatywność i siły witalne, jej apetyt na życie. Uważam, że jest fantastyczną aktorką i w ogóle się nie zgadzam z opinią, że w każdej roli jest taka sama. Ma po prostu bardzo wyrazistą bazę osobistą, ale niewiarygodnie zmienia się w rolach. Ja to widzę.

Po niebycie – wielkie bum!
Dowiedziałam się od koleżanki, że w TVN jest casting i szukają aktorów, którzy potrafią parodiować. A na miejscu okazało się, że owszem szukają ludzi, ale takich, którzy umieją parodiować polityków. Ja o tym nie wiedziałam. Zapytali mnie, co potrafię. Odpowiedziałam, że mogę sparodiować Krystynę Jandę. Po castingu usłyszałam wiele ciepłych słów, m.in. od prowadzącego przesłuchanie Piotra Pręgowskiego. Było mi miło, ale nie wierzyłam, że to przyniesie jakąś odmianę mojego zawodowego życia, które – powiem szczerze – wyglądało wtedy naprawdę słabo. Wcześniej już brałam udział w wielu castingach do ról w filmach, serialach i wielokrotnie słyszałam słowa uznania. Co z tego, skoro nie szły za tym żadne propozycje. To było jak w jakimś zaklętym kręgu: pokazujesz co potrafisz, mówią, że poszło ci świetnie… ale w rezultacie nic z tego nie wynika. Ciągle słyszałam, że jestem albo za młoda, albo za stara, albo za gruba, albo za chuda, albo za ładna, albo za brzydka itd. Zawsze coś nie pasowało. I nagle nastąpił przełom! Okazało, że wszystkie tamte warunki przestały mieć znaczenie.

Niegotowa na sukces
Kiedy na dobre zaistniałam w programie Szymona, nagle wszyscy zaczęli się mną interesować, dopytywać o moje życie, gratulować, zapraszać… Dopiero wtedy wpadłam w panikę. To przecież bardzo pozytywne doświadczenie, a ja nagle poczułam się naprawdę zagrożona. Myślałam, że skoro się spodobałam, tyle osób we mnie wierzy, to co będzie, jeżeli teraz nagle coś mi się nie uda, nie dam rady i wszystkich zawiodę.

Byłam zdziwiona tym sukcesem, pozytywnie zaskoczona, a jednocześnie w ogóle na niego niegotowa. Nie wynika to z zaniżonego poczucia własnej wartości. Wręcz przeciwnie – powiedziałabym, że mam je chyba zawyżone. To właśnie dlatego udało mi się przetrwać trudny okres zawodowy zaraz po szkole teatralnej, kiedy grałam same ogony albo ambitne przedstawienia w teatrze offowym. Ale w dzieciństwie zaaplikowano mi zastrzyk tak pozytywnej energii, że to wystarczyło, by poradzić sobie z problemami. Właściwie chyba byłam wychowywana trochę podobnie do Dody. Cała rodzina nade mną skakała i wszyscy mówili, jaka jestem utalentowana, wspaniała, zdolna i fajna. To dało mi taką solidną podstawę, bazę. Potrafię powiedzieć sobie, że lubię i akceptuję siebie, co nie jest do końca taką typową, polską postawą.

Oczywiście są dni, kiedy wymierzam sobie solidne razy, jestem z siebie niezadowolona. Nie brak mi samokrytyki. Ale nawet te trudne momenty w życiu chyba nie nauczyły mnie pokory. Powiem więcej – sama o sobie myślę, że jestem bezczelna… i szczera. Bardziej mam w sobie odwagę niż pokorę. Bo twórca musi być odważny, musi mieć siłę, przekonanie i pasję. Może dlatego, że wychowałam się w domu, w którym panowało partnerstwo, trudno mi teraz uznać jakiś autorytet. Kiedy widzę, że ktoś ma coś fajnego do zaproponowania, lepsze pomysły od moich, to oczywiście podporządkuję się temu, ale nie będę ślepo wykonywać poleceń tylko dlatego, że ktoś jest reżyserem, a ja aktorką. Wręcz przeciwnie – moje zawodowe doświadczenie już mnie nauczyło, że bardzo często nie należy ufać reżyserowi.

Motylek
Właśnie skończyłam zdjęcia do filmu. Jest to moja pierwsza główna rola w filmie fabularnym. Zagrałam w debiucie reżyserskim Marysi Sadowskiej. Film nosi roboczy tytuł „Motylek”. Jest to historia kasjerki z supermarketu. Historia łamania praw pracowniczych i kobiety, która znajduje w sobie siłę, żeby podjąć walkę z wielką korporacją. Marysia nazywa to feministycznym westernem, bo to jest historia zwycięstwa. Wielka przygoda dla mnie, bo mieliśmy także rzadko spotykane w polskim kinie przygotowanie do zdjęć. Miałam praktyki w supermarkecie, nauczyłam się obsługiwać kasę, obserwowałam ludzi, widziałam, jak się odbiera towar. Miałam możliwość spędzić trochę czasu z paniami, które na co dzień tam pracują.

Scenariusz oparty jest na prawdziwych historiach pracownic supermarketów. Bardzo aktualne, społeczne, zaangażowane kobiece kino. Jest mi tym bliższe, że sama jestem feministką. Chciałabym, żeby kobiety były traktowane na równi z mężczyznami, żeby miały takie same prawa, płace, żeby miały prawo do decydowania o swoim ciele. Tych postulatów jest naprawdę dużo i można by o nich mówić godzinami. To smutne, że feminizm w Polsce jest ciągle tak egzotycznym pojęciem. Ale to się zmienia. Trochę zbyt wolno, moim zdaniem.

Casanova przyjaźni
Kiedy dzisiaj wracałam pociągiem z Katowic do domu, patrzyłam na pola pokryte śniegiem i taki spokój mnie ogarnął. Pomyślałam sobie: Boże, żebym zawsze była taka spokojna i pozytywna, nie oceniała pochopnie ludzi i nie śmiała się z nich. Potem powiedziałam o tym koleżance, a ona mówi do mnie tak: Kasia, ty się możesz śmiać z innych, bo z siebie też się śmiejesz. To prawda. Staram się żyć uczciwie, porządnie. W pewnych sytua-cjach jestem jednak zbyt waleczna. Nienawidzę lizusostwa. I kiedy zaobserwuję, że ktoś uprawia wazeliniarstwo, potrafię być okrutna. Skreślam takiego człowieka z listy znajomych i to z hukiem! Bo jeszcze idę do niego i prosto w twarz mu mówię, co o tym myślę. Mam kilku oddanych przyjaciół, do tego spore grono kolegów, znajomych, więc mimo radykalności, chyba nie jestem najgorsza. Myślę, że z przyjaźnią jest jak z zakochaniem: musi być jakaś chemia, żeby dwoje ludzi chciało ze sobą spędzać czas, razem się śmiać czy zwierzać się sobie. Nie zdarza się to zbyt często. Zwłaszcza w dorosłym życiu. Na szczęście dla mnie, ciągle jeszcze poznaję nowych, interesujących ludzi. To jest fascynujące uczucie, kiedy powoli oswajasz się z kimś nowym i on pozwala ci poznać swój świat, do którego wcześniej nie miałaś dostępu. Uwielbiam to. Dodatkowo uważam, że możliwa jest przyjaźń między kobietą a mężczyzną. Mam trzech przyjaciół mężczyzn. I co? Po prostu się przyjaźnimy, bez żadnych podtekstów erotycznych. Mówimy sobie wszystko. Jestem takim Casanovą przyjaźni, w tej dziedzinie jestem poligamistką. A najlepszy relaks to właśnie spotkania z przyjaciółmi. Kocham to! Dobre jedzenie, wino i grono przyjaciół.

Nikt nie pyta Cię o zdanie, weź udział w Teście Zaufania!

To 5 najczęściej kupowanych leków na grypę i przeziębienie. Pokazujemy je w kolejności alfabetycznej.

ASPIRIN C/BAYER | FERVEX | GRIPEX | IBUPROM | THERAFLU

Do którego z nich masz zaufanie? Prosimy, oceń wszystkie.
Dziękujemy za Twoją opinię.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH