Czy potrzebny nam jest rzecznik?

Czy potrzebny nam jest rzecznik?


O problemach, z którymi borykają się lekarze, którym zarzucono niekompetencję i o zadaniach, jakie stoją przed instytucją ich reprezentującą, rozmawiamy z dr. Krzysztofem kordelem – rzecznikiem praw lekarzy.

Do czego lekarzom potrzebny jest rzecznik?

Większość lekarzy nie wie o możliwościach obrony przed agresją – napaściami, pomówieniami pacjentów, mediów, lekarzy – jakie daje polskie prawo. Postanowiłem powołać rzecznika praw lekarzy – biuro, które wskaże im te możliwości.

Często media stawiają lekarza pod ścianą, żądając wykonania wyroku jeszcze przed udowodnieniem jakiejkolwiek winy. Czy w takich sytuacjach rzecznik będzie mógł wystąpić w obronie lekarza?

Nie, polskie prawo nie pozwala na to, żebym jako rzecznik występował w obronie konkretnego człowieka. Na drogę prawną może wystąpić osoba zniesławiona, znieważona, ta, której dobra osobiste zostały naruszone. Ja tylko mogę wskazać danemu lekarzowi drogę postępowania, ułatwić dalszy ciąg postępowania.

A jak to wygląda w innych krajach?

Nie wiem, ale zdziczenie obyczajów dotknęło cały świat. U nas dzieje się coś bardzo złego w sferze mediów. Prezentują one sensacyjne doniesienia na temat lekarzy, często nie sprawdzając faktów, lecz naginając je do swoich potrzeb.

Zaobserwowałem też jeszcze jeden problem. Kiedy się pisze o medycynie? Wtedy, gdy dzieje się coś znacząco dobrego albo bardzo złego. Gdy, na przykład, pojawia się nowa metoda postępowania terapeutycznego i jest ona u nas dostępna. Nie wynika z tej informacji, że jest to metoda eksperymentalna, przemilcza się też kwestię jej kosztów. Pacjenci tego rodzaju informację odbierają w sposób bardzo prosty, brzmi to dla nich jak komunikat: mogą mnie wyleczyć. Pojawia się wobec tego pytanie: dlaczego ja tego nie dostałem, skoro się mi należy?

Kolejny problem, który mnie niepokoi, to traktowanie lekarza jako dyżurnego chłopca do bicia. Lekarze popełniali, popełniają i będą popełniali błędy. Skutki ich pomyłek są często tragiczne. Media w takich przypadkach natychmiast wydają na lekarza wyrok. Nie zgłębiają problemu, często poprzestając tylko na tym, co mówi pacjent. A pacjent może mówić co uważa. Lekarz – przeciwnie – obarczony tajemnicą lekarską, wielu rzeczy powiedzieć nie może. Nie może powiedzieć dziennikarzowi, że problem zdrowotny pacjenta jest mu znany i jest klasyfikowany w ACT 10 pod literą „F”. Na samym starcie publicznych rozmów pojawia się nierówność szans. Poza tym nasze media jak gdyby zapomniały, że od ferowania wyroków są niezawisłe sądy. I że coś, co się wydawało w pierwszym momencie czarne, okazuje się szare albo wręcz białe. Ale tego już nikt w sposób czytelny i wyraźny nie koryguje.

Z reguły sprostowanie ukazuje się drobnym drukiem na którejś z dalszych stron…

To prawda. Pamiętam sprawę, która dotknęła jednego z moich przyjaciół. Został oskarżony przez prokuraturę. Po 9 latach uniewinniono go. W konkluzji sąd apelacyjny napisał, że postawienie tego zarzutu przez prokuraturę w ogóle było… bezprawne.

A 9 lat, gdy żył napiętnowany winą, minęło?

Właśnie. Stracił dwa ważne stanowiska, które wcześniej piastował, nie pracuje tam, gdzie pracował.

Konsekwencje więc poniósł…

Oczywiście. Tak to w praktyce wygląda. Ukazała się notatka, że został uniewinniony, ale… Postawiono mu zarzut popełnienia przestępstwa, które tak naprawdę w ogóle nie było przestępstwem! I co? Czy ktoś teraz na ten temat napisze obszerne wyjaśnienie? Dokona jakiegokolwiek zadośćuczynienia? Dziewięć lat minęło!

Jako rzecznik odpowiedzialności zawodowej, często po jakiejś nagłośnionej sprawie słyszałem pytanie ze strony mediów: dlaczego ten lekarz nadal pracuje? Odpowiadałem, że żyjemy w kraju, w którym w Konstytucji zapisany jest akt prawny, gwarantujący każdemu obywatelowi, że o winie decyduje prawomocnym wyrokiem sąd. Dopóki dana osoba nie jest skazana, istnieje domniemanie niewinności. W takich sytuacjach, powtarzam – bardzo częstych, potrzebna jest pomoc ze strony rzecznika praw lekarza. Chociażby taka, jak wskazanie możliwości, uświadomienie, że istnieje artykuł 23 Kodeksu cywilnego, mówiący o tym, że nie można nikogo ukarać przed wydaniem prawomocnego wyroku przez sąd.

Będzie pan więc przedstawicielem środowiska w sądzie, w mediach?

Chodzi o zaistnienie w świadomości lekarzy, ale i mediów, że wprawdzie pacjenci mają swoje prawa, ale i lekarze nie są bezsilni. Ja nie odbieram zasług panu Sandauerowi – w niektórych sprawach mamy zbieżne poglądy – ale musi być też ktoś z tej drugiej strony, kto upomni się o prawa lekarza.

Odium niekompetencji często spada na całe środowisko lekarskie, chociaż winien jest tylko jeden lekarz…

Jeżeli w ogóle jest winien. To odbija się też bardzo niekorzystnie na pacjentach, którzy – po takich sensacjach medialnych – przed wizytą u lekarza czują po prostu lęk. A gdy pojawia się lęk, to często towarzyszy mu też agresja. I sytuacja dla obu stron staje się niezwykle trudna. Jeżeli podchodzi do mnie ktoś agresywny, to ja też się usztywniam. Jeżeli przychodzi uśmiechnięty, to ja się tym uśmiechem zarażam. Jeżeli tego nie robię, to znaczy, że się nie nadaję do tej pracy. Powiedzmy to uczciwie.

W publicznej placówce służby zdrowia dany lekarz tego nie robi, ale w prywatnej – już tak…

Owszem, są lekarze cierpiący na takie niezdrowe rozdwojenie jaźni. To jest niedobre. Oczywiście, jak już powiedziałem, nie chodzi o wybielanie lekarzy ani usprawiedliwianie ich. Jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia z nagannymi zachowaniami w służbie zdrowia, a często tak jest, to trzeba je piętnować. Jednak… Wiele takich agresywnych zachowań i nieporozumień jest skutkiem wad systemowych. Pacjentowi na przykład trudno uwierzyć, że to nie lekarz nie chce przyjąć chorego. Większość lekarzy pracuje na kontraktach z NFZ. Oni naprawdę mają interes w tym, żeby przyjąć jak najwięcej pacjentów. Nie mogą jednak tego zrobić, bo ograniczają ich limity. W tej sytuacji lekarze są bezsilni. Limity ustala i narzuca NFZ, nie kierując się wyłącznie dobrem pacjenta. Pretensje pacjenta, że musi czekać w kolejce, mają swoje uzasadnienie. Gdy człowiek cierpi, to oczekiwanie wydaje mu się nadmiernie długie, nawet jeżeli w rzeczywistości takie nie jest. Należy to zrozumieć. Takie trudności wynikają z niewydolności systemowej, a Polacy wciąż nie potrafią się w tym systemie poruszać.

Czekają nas lata pracy. Jeżeli już przenosimy coś na nasz grunt, to należałoby pomyśleć też o systemie edukacyjnym, który jest w USA. Ma on swoje wady, ale i dwie podstawowe zalety. Dla dzieci od 5. roku życia przeznaczone są dwa bloki tematyczne: low and heart. I na odpowiednim poziomie przekazywana jest informacja, że jeśli się skaleczyliśmy, to należy włożyć palec pod zimną wodę. 10 lat dobrej edukacji dzieci u nas, i również dojdziemy do tego poziomu. Starszych już się skutecznie nie wyedukuje. Ale dzieci mogą być pomocne w dokonywaniu pewnych przełomów w przyzwyczajeniach i myśleniu rodziców, a nawet dziadków. Moim zadaniem, jako rzecznika praw lekarza, jest też rola edukacyjna.

Panie doktorze, zna pan przecież system funkcjonowania i przepływu informacji w placówkach służby zdrowia, zwłaszcza publicznych. Wszystkie dane o pacjencie, przebiegu jego choroby i leczeniu znajdują się w komputerze. Ale chory nie wejdzie do gabinetu, dopóki ktoś z personelu nie przyniesie tam jego karty. Tej zwykłej, wypełnianej długopisem, papierowej karty…

No właśnie, stale nie potrafimy korzystać z systemu tak, by i pacjentom, i sobie ułatwić życie. Jednym z zadań rzecznika, przynajmniej ja tak to widzę, jest zajmowanie się sprawami systemowymi, środowiskowymi, edukacyjnymi.

Nie jest dobrze na linii rozmowa lekarza z pacjentem…

Wiem. W pewnym sensie to rozumiem. Wiele pretensji do lekarzy wynika z ich dobrego serca. Czego oczekuje ode mnie pacjent? Zapewnienia, że będzie dobrze. A ja mu często takiej informacji przekazać nie mogę. Oczywiście, trzeba w jak najdelikatniejszy sposób zakomunikować pacjentowi złe wiadomości, jednak pocieszanie, dobre serce często zwraca się przeciwko nam. Do szpitala poszłam zdrowa – mówi pacjentka – a wyszłam chora. Bywa też, że pacjent umiera, czego bliscy się nie spodziewali.

Rozmowy… Pytam pacjentkę, czy choruje na jakąś przewlekłą chorobę. Mówi, że nie. Robię badania i okazuje się nagle, że jednak tak. Pytam, czy jest na coś uczulona. Mówi, że nie. Potem się mówi, że „w szpitalu zabili ją jakimś zastrzykiem, bo na pewno się pomylili”. Nie! Pacjentka była uczulona na dany lek, o czym nie wiedzieliśmy. Może więc zacznijmy też od pacjentów wymagać precyzyjnych informacji o swoim zdrowiu, i prawdziwych odpowiedzi na stawiane pytania, które przecież nie wynikają z ciekawości czy wścibstwa.

A co z bezczelnym i często niczym nieuzasadnionym atakowaniem lekarzy w internecie. Czy pan, jako rzecznik, też spróbuje się tym problemem zająć?

Tak. Jest to wyjątkowo obrzydliwe. Nie wiem, na ile będę mógł być skuteczny, ale przymierzam się do wydania bezwzględnej walki takim internautom. Będę w kontakcie z Komendą Główną Policji – chcę uczulić i prosić policję o interwencję w tego rodzaju sytuacjach, gdy ktoś obrzuca inwektywami lekarza.

Tu, z jednej strony, działają ziejący nienawiścią chyba do wszystkich internauci, ale też i chora konkurencja w postaci niektórych lekarzy…

Będę z tym zjawiskiem walczył. Najważniejszą kwestią jest pokazanie takim ludziom, że – mimo poczucia anonimowości, jakie daje internet – nie są bezkarni. Taką osobę wcale nie jest trudno namierzyć. Tu liczę na pomoc policji. Prawo do krytyki jest zagwarantowane konstytucyjnie, ale za szkalowanie czyjegoś dobrego imienia, zwłaszcza bezpodstawne (a tak się często dzieje) grozi konkretna kara. Są ludzie, którzy czerpią satysfakcję z tego, że mogą komuś zaszkodzić. To jest i wstrętne, i chore. Na pewno ma pani rację, że za częścią takich wpisów stoją sami koledzy lekarze. Gdy się wejdzie na jakąkolwiek stronę oceniającą pracę lekarzy, to można znaleźć tam wpisy od zachwytu po zupełną negację. Często są one wynikiem indywidualnych oczekiwań pacjenta w odniesieniu do lekarza. Jedni pragną rzeczowej informacji, inni chcą, żeby lekarz się nad nim trochę poużalał, jeszcze inni lubią blondynów, a nie darzą zaufaniem brunetów itd.

Będzie pan też zmuszony występować przeciwko lekarzom…

Przez osiem lat pracy rzecznika i za stołem sędziowskim zdążyłem już do tego przywyknąć. Zdaję sobie sprawę, że to środowisko – jak każde inne – święte nie jest. Bezkarność lekarska się skończyła. Nie każdy niewyleczony pacjent jest ofiarą błędu lekarskiego czy zaniedbania. Ale zdarza się, że tak jest. I takie przypadki – oczywiście – będą badane, rozpatrywane i, jeżeli wina zostanie udowodniona, karane.

Jak traktują pana lekarze?

Jestem ich obrońcą. Nigdy nie oskarżałem niewinnych. Szedłem do sądu oskarżać kolegę czy koleżankę wtedy, gdy miałem absolutną pewność, że są winni. Jestem lekarzem sądowym i potrafię oceniać pewne rzeczy. Nigdy nie była (i nie jest) moim zamierzeniem obrona lekarza, który popełnił błąd. Mam dbać o dobre imię lekarzy, a nie doktora Kowalskiego, który sam popełnił błąd czy wprowadził w błąd kolegę lekarza.

Jest takie ładne powiedzenie: nie osądzaj, żebyś nie był osądzony. Mówię o tym na wykładach studentom. Warto by było wprowadzić dwutygodniowe zajęcia praktyczne „bycie pacjentem”. Zupełnie inaczej wtedy spojrzeliby na swój zawód. Wtedy wiele rzeczy zyskałoby dla nich wiarygodność, jak choćby obowiązek zapewnienia pacjentowi intymności, i wiele innych rzeczy.

Dziękuję za rozmowę.

Nikt nie pyta Cię o zdanie, weź udział w Teście Zaufania!

To 5 najczęściej kupowanych leków na grypę i przeziębienie. Pokazujemy je w kolejności alfabetycznej.

ASPIRIN C/BAYER | FERVEX | GRIPEX | IBUPROM | THERAFLU

Do którego z nich masz zaufanie? Prosimy, oceń wszystkie.
Dziękujemy za Twoją opinię.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH