Mateusz Damięcki - Chciałbym zagrać Kościuszkę

Mateusz Damięcki – Chciałbym zagrać Kościuszkę


Mateusz Damięcki, jeden z najzdolniejszych aktorów młodego pokolenia, zwierza się Monice Sadowskiej.

Pochodzisz z rodziny o aktorskich tradycjach. Które role zagrane przez członków twojego klanu miały wpływ na twoją karierę?

Miałem okazję zobaczyć mojego dziadka na ekranie telewizyjnym w „Róży” Stefana Żeromskiego. Miał piękną charakteryzację i nigdy nie zapomnę tych paru ujęć z tego filmu. Zapamiętałem to tak dobrze, bo był to jedyny moment, gdy miałem okazję zobaczyć, jak się dziadek poruszał. Znam go ze zdjęć, z fotosów z przedstawień, ale to co innego. Pamiętam także opowieści babci o jej roli w „Żabusi” Zapolskiej.

Twojego ojca i stryja brano na ogół za bliźniaków, choć Damian jest 2 lata starszy od Macieja, twojego taty.

Dokładnie. Nieraz sam się nad tym zastanawiałem, z czego to wynikało. Niezapomniana dla mnie jest podwójna rola mojego ojca w serialu „Stawka większa niż życie”, gdzie grał braci bliźniaków – złego i dobrego. Stąd prawdopodobnie biorą się wszelkie nieporozumienia odnośnie rzekomego podobieństwa mego ojca i stryja oraz ich „bliźniaczości”. Wielu widzów do dziś myśli, że jedną z ról w „Stawce” grał stryj.

Z kolei w komedii „Rzeczpospolita babska” rzeczywiście zagrali obaj. Nie wszyscy jednak wiedzą, że w finałowej scenie ślubów par, wystąpił tylko jeden z braci, grając swoją i „nieswoją” postać. Drugi z braci musiał tego dnia prosto z planu pędzić do teatru, bo miał przedstawienie. Który? A to już tajemnica! (śmiech).

Wielokrotnie mówiłeś, jak bardzo cenisz aktorstwo ojca.

Parę dni temu wiele zmieniło się w moim postrzeganiu taty. Znam go jako fajnego, komediowego aktora. Tymczasem podczas zdjęć do krótkometrażowego filmu „Popołudnie”, którego byłem współtwórcą, ojciec pokazał mi swoje pełne możliwości aktorskie. Zagrał tam małą rólkę – pijaka, który kiedyś poznał kobietę i teraz siedzi na ławce czekając na nią. Pije i czeka. A ona nie przychodzi. Ojciec zagrał to w taki sposób, że obecni na planie moi dwaj przyjaciele popłakali się ze wzruszenia. Sam miałem łzy w oczach. Tata zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wiedziałem, że jest świetnym aktorem, ale teraz sam mogłem dokładnie to zobaczyć. I jestem mu bardzo wdzięczny za to, że tak bardzo się postarał.

Czy jest rola, o której marzysz, która wzbogaciłaby legendę twojej aktorskiej rodziny?

Przede wszystkim wiem, że są role, na które czasami czeka się całe życie. To bardzo uczy pokory, która jest w zawodzie aktora niezbędna. Bardzo chciałbym zagrać Tadeusza Kościuszkę. Zafascynowało mnie to wszystko, czego dokonał, jego wyjazd do Ameryki. I to wydaje mi się nawet ciekawsze niż historia Beniowskiego. Kościuszko to wspaniała postać historyczna. A ktoś mi kiedyś powiedział, że jestem trochę do niego podobny. Mam prawie tak samo zadarty nos i włosy mi się kręcą w pukle, kiedy są troszkę dłuższe.

Ale masz już na swoim koncie role, z których jesteś zadowolony?

Przede wszystkim jedno aktorskie marzenie już spełniłem: zagrałem Kordiana w teatrze. Miałem wówczas 21 lat. Wiem, że to się już nigdy nie powtórzy i nawet nie chciałbym do tej roli wrócić. To miało sens wtedy, kiedy byłem taki młody. Istniała, jak się okazało, uzasadniona obawa, że mogę tego aktorsko nie unieść. Ale w tej kwestii całkowicie zaufałem reżyserowi Adamowi Hanuszkiewiczowi. I tą rolą też się jakoś wpisałem w historię rodziny, bo zagrałem Kordiana u samego Hanuszkiewicza, który jakieś 57 lat temu pił wódkę z moim dziadkiem.

Kiedy podjąłeś decyzję, że zostaniesz aktorem?

Po maturze zdecydowałem się na studia w Akademii Teatralnej, bo tak naprawdę aktorem czułem się już dużo wcześniej. Ale po maturze nadszedł czas na uprawomocnienie mojej decyzji. To, że chciałem grać w filmie i serialu, wiedziałem już wcześniej. Ale wtedy sobie pomyślałem, że studia umożliwią mi jeszcze granie w teatrze.
W filmach i serialach występowałem w miarę regularnie od 10. roku życia. Pierwszą styczność z dużym ekranem miałem w wieku 17 lat. To był dla mnie czas burzy hormonów i tysiąca pomysłów na sekundę. I nagle znalazłem się w realiach XVIII-wiecznej Rosji. Zaproponowano mi rolę w rosyjskiej megaprodukcji „Córka kapitana”. Nawet nie przypuszczałem, że ten okres historyczny tak mi się spodoba. A prawdziwie mnie zafascynował. Od tego momentu wydawało mi się naturalne, głęboko wierzyłem, że na tym będzie polegało moje życie. Kocham film i chcę w nim grać, więc tak będzie. Dlatego nie brałem pod uwagę żadnego innego zawodu. Nie czułem takiej potrzeby.

Trzy kluczowe filmy w twojej karierze.

„Córka kapitana”, „Przedwiośnie” oraz „Jutro idziemy do kina”. Akcja każdego z nich toczy się w innych – tak różnych od dzisiejszych – realiach. W każdym z tych filmów nosiłem mundur, co zresztą za każdym razem mnie cieszyło, i grałem bardzo idealistyczną postać. Takie role sprawiają mi największą satysfakcję.

Czym był dla Ciebie udział w „Tańcu z Gwiazdami”? Rozrywką? Sportem? Nauką tańca?

Udział w programie był po trosze tym wszystkim. Bardzo się cieszę, że profesjonalistka uczyła mnie tańca. Uwielbiam, kiedy ktoś dokładnie wie, czego chce. A Ewa znakomicie wie, jak powinien wyglądać taniec. Ciężko pracowaliśmy podczas prób, ale ogólnie dobrze się bawiliśmy. „Taniec z Gwiazdami” zabiera sporo czasu, ale wbrew pozorom, wystarczyło go na inne rzeczy. Przede wszystkim realizowałem z przyjaciółmi nasz film. A całkiem niedawno przekonałem się, że im więcej mam na głowie, tym lepiej potrafię się zorganizować. Wiem doskonale, że często za popularnością stoją role. Więc „Taniec z gwiazdami” traktuję także jako środek do osiągnięcia moich celów zawodowych, jako jedną z możliwości promocji. Jest to program, który może dać uczestnikowi ogromną popularność. Z czysto profesjonalnych względów moim obowiązkiem jest takie sytuacje wykorzystywać. Dlatego też bardzo się przykładałem do każdego występu. Taniec uważam za sport połączony ze sztuką, który wymaga poświęceń.

A starcza ci jeszcze czasu na realizowanie swoich pasji?

Chciałbym na poważnie zająć się jazdą konną, ale dopóki występowałem w „Tańcu z gwiazdami” nie miałem takiej szansy. Nie mogłem sobie pozwolić na kontuzję. Chwilowo nie mogę sobie pozwolić na żadną kontuzję.
Kiedyś trenowałem pływanie w klubie Legia Warszawa i do tej pory uwielbiam ten sport. Świetnie się przy tym relaksuję. To dla mnie równocześnie i odpoczynek i ćwiczenie, bo męczę się i odpoczywam. W ogóle woda jest moim ulubionym żywiołem, choć czuję przed nim respekt. No i jeszcze uwielbiam biegać, kiedy mam trochę czasu.

Słyszałam, że oprócz pływania świetnie też jeździsz na snowboardzie.

Nie wiem, czy świetnie, ale to fakt, uwielbiam snowboard. Jeżdżę na desce od 14. roku życia. Zresztą moja siostra Matylda podobnie, nie zamierzamy deski zmieniać na narty. Lubię Białkę Tatrzańską, bo jako dzieciaki często tu przyjeżdżaliśmy z Matyldą i przyjaciółmi na obozy. Teraz, rzecz jasna, jest krucho z czasem. Ale gdybym go miał, chętnie pognałbym na stok.

Z czym kojarzy Ci się Boże Narodzenie?

To chyba najpiękniejszy czas w roku. Uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Życie się toczy, ale są dwa momenty, kiedy czas staje w miejscu: Boże Narodzenie i Wielkanoc. W Wigilię – krakowskim zwyczajem – przychodzi do nas aniołek.

Jak byliśmy mali, mieliśmy taki rytuał, że w Wigilię ktoś pukał do drzwi, a my z Matyldą lecieliśmy sprawdzić, kto przyszedł. Oczywiście nikogo za drzwiami nie było. Wracaliśmy więc do pokoju, a tam pod choinką leżały już prezenty. To było dla nas jasne: aniołek przyniósł je wtedy, kiedy akurat wyszliśmy do przedpokoju. Albo szliśmy do drugiego pokoju i czekaliśmy na anioła, który nie przylatywał, a jednak jakimś tajemniczym sposobem „dostarczał” nam prezenty. Ta tradycja przetrwała u nas do dziś, bo w naszej rodzinie są dzieci. Wspólnie tworzymy dla nich ten wyjątkowy nastrój.

A jak wyglądała twoja niezapomniana Wigilia?

Pamiętam, jak kiedyś poszliśmy z Matyldą do drugiego pokoju, żeby poczekać, aż anioł przyleci. Panował tam przeciąg, bo okno było otwarte. Na parapecie leżało piękne, białe anielskie pióro. Oczywiście, jak wróciliśmy do pokoju, gdzie stała choinka, leżały już pod nią prezenty. Wtedy postanowiliśmy z moją siostrą, że nigdy więcej nie będziemy się zastanawiać nad tym, czy ten anioł naprawdę istnieje. Przecież mieliśmy już na to dowód…

Dziękuję za rozmowę.

Nikt nie pyta Cię o zdanie, weź udział w Teście Zaufania!

To 5 najczęściej kupowanych leków na grypę i przeziębienie. Pokazujemy je w kolejności alfabetycznej.

ASPIRIN C/BAYER | FERVEX | GRIPEX | IBUPROM | THERAFLU

Do którego z nich masz zaufanie? Prosimy, oceń wszystkie.
Dziękujemy za Twoją opinię.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH