Joanna Wrześniewska-Sieger – Chciałam być nauczycielką


Joanna Wrześniewska-Sieger w pracy nie lubi lenistwa i rutyny. Uwielbia ruch na świeżym powietrzu i kuchnię swego męża. Kiedy nie musi być w telewizji, na pierwszym miejscu stawia odpoczynek.

Świąteczny czas
Mam cudowne wspomnienia świąt Bożego Narodzenia z mojego domu rodzinnego w Pasłęku. Nasza rodzina mieszkała w dużym, poniemieckim budynku. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, zastanawiam się, jak my się tam wszyscy mieściliśmy: babcia, mama, ja, dwóch wujków, ciotka i jeszcze od czasu do czasu przez nasz dom przewijało się parę innych osób. Dziadkowie pochodzili z Warszawy, a do Pasłęka przyjechali, uciekając przed wojenną pożogą. I już tu zostali.

Magię świąt, ich niepowtarzalną atmosferę, tworzyła babcia. Zawsze bardzo dbała, żeby zachowana była wigilijna tradycja, czyli mieliśmy 12 potraw na stole. A wśród nich był barszcz z uszkami oraz karp w galarecie, o którego później toczyły się boje między mną a resztą rodziny. Do tej pory to moja ulubiona wigilijna potrawa. Święta, mimo czasów głębokiego PRL-u, były radosne wtedy dla mnie z jeszcze jednego powodu. Wiadomo, jak każde dziecko, cieszyłam się z prezentów. Moja mama przysyłała mi paczki pełne wspaniałości: były to słodycze, różne zabawki. Do 16. roku życia byłam jedynaczką, więc cała rodzina o mnie dbała, rozpieszczała i zawsze pod choinką znajdowałam rewelacyjne prezenty.

Pamiętam, że to głównie babcia tworzyła tę świąteczną atmosferę, dzięki jej staraniom nasz dom był tak barwny, a święta naprawdę piękne. Po jej śmierci to się zmieniło, nie było już tej radości. Teraz Boże Narodzenie spędzam zwykle w niewielkim gronie rodzinnym, ale także w bardzo ciepłej atmosferze. Choć z pewnym smutkiem stwierdzam, że im jestem starsza, tym mniej odczuwam magię świąt. Ale niezmiennie cieszy mnie ten czas cudownego relaksu, ciszy i spokoju. Świetnie wtedy odpoczywam. Uwielbiam położyć się na kanapie z książką w ręku, obłożyć kotami, obejrzeć dobry film. A mój mąż, który doskonale gotuje, dba zawsze o to, żeby jeszcze było coś dobrego do zjedzenia… W wigilię to nawet moje zwierzęta przemawiają ludzkim głosem…

Mam pięć psów i dwa koty. To są znajdy rasy: przybyłem-zobaczyłem-zostałem. Mieszkam w domku przy lesie, a właśnie do lasu ludzie wyrzucają zwierzęta. I potem często znajduję je pod moją furtką. Nikt ich nie chce wziąć, i w ten sposób u mnie zostają. Śmieję się, że prowadzę coś w rodzaju prywatnego schroniska. Oczywiście szukamy im domów, czasami uda się im znaleźć jakieś miejsce, ale nie zawsze. Nie oszukujmy się: urodą nie grzeszą, są po przejściach, to zazwyczaj smutne historie. Na co dzień opieka nad nimi jest nieco męcząca, bo pięć psów to już stado. A nad stadem trzeba umieć panować, pilnować, pamiętać, żeby przed wyjściem z domu zakładać psom kagańce. Ale jaka to frajda, np. w wolny dzień pobiegać sobie z nimi po dworze.

Joanna-Wrzesniewska-Zygier1.jpg

Taka jestem
Pochodzę z Warmii, rejonu, gdzie mieszka głównie ludność napływowa, taki tygiel regionalny. Bardzo wyraźnie widać różnice mentalne, kulturowe. Z jednej strony tak wielka różnorodność jest fascynująca, z drugiej – taka mieszanka ludzi tworzy bardzo trudną grupę, pełną uprzedzeń, wzajemnej niechęci. Pasłęk, gdzie dorastałam, to typowe małe miasteczko, gdzie każdy każdego zna, ludzie wszystko o sobie wiedzą, zawsze wiadomo, do kogo iść, żeby załatwić sprawę. Kiedyś mnie to drażniło, teraz uwielbiam takie małe miasteczka. Czuję się w nich bezpiecznie.

Kiedy kończyłam filologię polską, marzyłam, że zostanę nauczycielką. Było mi obojętne, czy będę uczyła maluchy, czy starsze dzieci. Uczniowie gimnazjum czy liceum to, rzecz jasna, wyższy stopień trudności, ale i większa satysfakcja. Z kolei najmłodsze dzieci to sama radość. Jaki to piękny widok, kiedy z bezgraniczną ufnością i wiarą słuchają pani nauczycielki. Kiedy byłam w szkole na praktykach, czułam, że właśnie to chcę robić. Bardzo się cieszyłam, że dzięki mnie dzieci czegoś się nauczą, kiedy widziałam, jak zaczynają rozumieć pewne rzeczy. Inna sprawa, że chętnie wprowadziłabym kilka zasadniczych zmian w szkole, np. wymieniłabym przestarzałe lektury na coś bardziej odpowiadającego realiom współczesności. Nie zapomnę, jak dostałam do poprowadzenia lekcję z „Naszej szkapy”. Przecież to straszny archaizm. A lektury powinny pokazywać, jakie jest życie, uczyć samodzielnego myślenia, wyciągania wniosków.

Myślę że, praca nad sobą powinna dotyczyć każdego z nas. Osobowość jest dynamicznym tworem, stale się rozwija, trzeba nad sobą pracować i próbować się doskonalić. Generalnie lubię siebie, ale mam wady, więc mam nad czym pracować. Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem jakoś specjalnie usystematyzowana. Staram się być zapobiegliwa, myślę o przyszłości, staram się ją w jakiś sposób zabezpieczyć. Ale nie jestem dobrą gospodynią. Nie umiem dbać o porządek i funkcjonowanie domu. Kiedy odwiedzam moich sąsiadów i widzę, jak mają czysto, wypolerowane podłogi, wszystko jest schludne i zadbane, trawniki wypielęgnowane, to wpadam w kompleksy. Oczywiście brak czasu robi swoje, ale po prostu nie przywiązuję do porządku aż takiej wagi.

Na pierwszym miejscu stawiam odpoczynek i relaks. Zdecydowanie wolę wyjść na dwór, pobiegać z psami czy pojeździć na rowerze. Ostatnio zauważyłam, że tyję, więc zaczęłam biegać. Nie jest to łatwe, bo ostatnio biegałam na lekcjach wuefu w podstawówce. Wtedy byłam dobra w sprincie, a teraz muszę pokonywać dłuższe trasy, bardziej męczące. Nie jest lekko, ale się nie poddaję. Nawet złamanie nogi, które przeszłam półtora roku temu, nie stało się dla mnie wymówką, żeby zrezygnować ze sportu. Teraz dopiero widzę, że sport to najlepsza rzecz na świecie, niedoceniana przez ludzi.

Śmieszy mnie, kiedy słyszę o kolejnych dietach-cud, o tym, jak się ludzie katują i jakie wyrzeczenia sobie fundują, żeby dobrze wyglądać, choć jeszcze niedawno sama rozważałam, czy nie zafundować sobie drakońskiego odchudzania. Najlepszy sposób – to więcej ruchu, aktywność fizyczna: bieganie, rower, pływanie. Mnóstwo osób w pogoni za nienaganną sylwetką wybiera – moim zdaniem – złą drogę. Na własnym przykładzie stwierdziłam, że odkąd biegam, zdecydowanie mniej jem i mam mniejszą ochotę na podjadanie, zwłaszcza słodyczy. Moja dieta jest oparta na zdrowych produktach: jem dużo ryb, warzyw, bardzo lubię sałatę, owoce, owoce morza. Jestem fanką lekkiej kuchni śródziemnomorskiej i znacznie cięższej kuchni mojego męża.

Niesympatyczna… z twarzy
Moja „kariera” w telewizji zaczęła się właściwie od… wyrzucenia z wydawnictwa. Pracowałam wtedy w Gdańsku na 4. roku studiów. Okazało się, że wylatuję z pracy za to, że jestem niesympatyczna. Podobno tak wyglądam, mam taką minę, że wydaję się niesympatyczna. Bardzo to wówczas przeżyłam, rozchorowałam się z tego wszystkiego. Dostałam potwornej grypy. Któregoś dnia odwiedziła mnie koleżanka i powiedziała, że w lokalnej telewizji organizują casting na prezenterów połączony ze szkoleniem. Poszłyśmy razem spróbować swoich sił. Udało się! Zaproponowali mi od razu prowadzenie programu. Do tej pory pamiętam, jak w Panoramie Gdańskiej czytałam teksty pisane przez dziennikarzy starej daty. PRL właśnie się skończył, ale zmiany dopiero miały nadejść. Czytałam więc na wizji teksty, których kompletnie nie rozumiałam. Pisali je językiem kancelaryjno-administracyjno-biurowo-partyjnym. Trudno było coś poprawić, bo wszystko dostawałam napisane na maszynie chwilę przed programem. Czasem tak zabazgrałam, że już w ogóle tekst tracił sens…

Do Polsatu przyszłam rok po powstaniu stacji, kiedy powstawał serwis informacyjny. Do tej pory uwielbiam pracę w newsach. To jest czysty konkret: trzeba się przygotować, napisać tekst, potem trochę adrenaliny, wejście na żywo i… koniec na dziś. Wychodzę z pracy i mogę o wszystkim zapomnieć, a w domu następuje czas relaksu. Nie muszę zabierać pracy do domu i zajmować się planowaniem, co jutro, a co za tydzień, a jaki mamy plan za miesiąc. Nie znoszę tego. Za to w swojej pracy muszę walczyć z rutyną. Zdarzają się takie momenty, kiedy nic się nie dzieje, że emocje we mnie zasypiają, a ja sama czuję się senna. I czasami aż się modlę, żeby tylko się coś wydarzyło. Praca w newsach często kojarzy się ludziom z tym, że non stop siedzimy w telewizji. A tak nie jest. Pracujemy tyle dni roboczych, ile jest ich w miesiącu, czasami także w weekendy. Nawet lubię pracować w sobotę czy niedzielę, bo nie ma korków, więc odpada problem z dojazdem i zazwyczaj jest dość spokojnie, czasami wręcz nudno. Choć są weekendy, które chciałabym, żeby się nigdy nie powtórzyły – słynny 10 kwietnia…

Nie za duży ten dystans?
Rzadko bywam na imprezach, do klubów w ogóle nie chodzę, nie mam „lanserskiej” natury. Ale ogólnie mogę powiedzieć, że jestem otwarta na ludzi. Odpychają mnie jedynie osoby z chorą ambicją, przewrażliwione na własnym punkcie, bez poczucia humoru, osobniki o narcystycznej naturze. Unikam ich jak ognia, przerażają mnie. Sama od lat mam ścisłe grono przyjaciół, z którymi lubię spędzać wolny czas – wyskoczyć sobie do knajpki, napić się wina, pogadać, latem wyjechać razem nad jezioro, a zimą – na narty. Wiem, że na ich opinii mogę polegać. Na ogół chwalą moją pracę, są jej ciekawi. Jedna z moich koleżanek przesiedziała ze mną w pracy cały dzień, żeby zobaczyć, na czym to wszystko polega.

Zwłaszcza mama bardzo mi kibicuje i często przysyła krzepiące smsy. Ma to dla mnie wielkie znaczenie, bo każdy z nas potrzebuje osoby, która nas doceni, pochwali. To bardzo podbudowuje. Jest ze mnie bardzo dumna i wierzy, że ma cudowną córkę. Mąż też pozytywnie ocenia moją pracę, choć zdarza mu się lekka krytyka. Czasami upomina mnie: „Mogłaś jeszcze o coś spytać lub pogłębić jakiś wątek rozmowy”. Ja tłumaczę, że nie mogłam i zaczyna się dyskusja, a potem kłócimy się do upadłego. Ale największa krytyka ma miejsce oczywiście na forach internetowych. Pamiętam rozmowę w Polsat News z Januszem Korwin-Mikkem, którą ktoś wrzucił potem na YouTube. Tam mi się dopiero dostało! Moje ironiczne wtrącenia zostały odebrane dosłownie – zarzucono mi niewiedzę. Zwolennicy Korwina już tacy są – to wyznawcy – chcieliby, by dziennikarze rozpoczynali rozmowę z ich guru od rozłożenia czerwonego dywanu, a potem potakiwali i przytaczali tezy z blogu Korwina. Komentarze były w większości przychylne – ale pojawiły się także najgorsze wyzwiska, że jestem głupia, że zadawałam jakieś dziwne pytania o gazie łupkowym… Lubię rozmawiać z Korwinem, to dobre ćwiczenie dla dziennikarza, a jego tezy są logiczne i bardzo „odświeżające” w czasach politycznej poprawności. Oczywiście dziennikarz powinien być obiektywny i ukrywać swoje sympatie polityczne, choć jest to trudne. W pracy staram się kierować zdrowym rozsądkiem. Nie umiem pracować z leniami, to jedyna rzecz, która w pracy wyprowadza mnie z równowagi.

Czasami, kiedy podglądam konkurencję (nie za często, bo na co dzień mam dość telewizji), dziwię się, jak niektórzy dziennikarze ekscytują się swoimi rozmowami. Wtedy zastanawiam się, czy ja nie mam za dużego dystansu do tego, co robię. Czy to jest mój problem, że nie potrafię aż tak się zaangażować, czy zaleta, że mam dystans? Bo zbyt duży dystans może prowadzić do obojętności… Ale za chwilę dochodzę do wniosku: spokojnie, nie dajmy się zwariować. To tylko polityka, niekończący się spektakl… I tu także – tak jak w życiu ­– trzeba znaleźć złoty środek.

4.4/5 - (155 votes)

Nikt nie pyta Cię o zdanie, weź udział w Teście Zaufania!

To 5 najczęściej kupowanych leków na grypę i przeziębienie. Pokazujemy je w kolejności alfabetycznej.

ASPIRIN C/BAYER | FERVEX | GRIPEX | IBUPROM | THERAFLU

Do którego z nich masz zaufanie? Prosimy, oceń wszystkie.
Dziękujemy za Twoją opinię.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH