Wykorzystać każdą sekundę życia

Wykorzystać każdą sekundę życia


Przed spotkaniem wiem o nim tylko tyle, że zdobył pieniądze na wyprawę osób niepełnosprawnych na Kilimandżaro i Elbrus. Sam też zdobywa szczyty i biega w maratonach, choć ma tylko jedno płuco i od 26 lat walczy z kolejnymi nawrotami nowotworu.

Spotykamy się na krakowskim rynku. Piotr Pogon jest szczupły, ma uśmiechniętą, pogodną twarz i plecak przerzucony przez ramię. Wciąż się spieszy, z jednego spotkania na drugie. Po godzinie rozmowy wydaje mi się, że znam go od lat.

Życiorysem Piotra można obdzielić co najmniej kilka osób. Kiedyś miał wszystko: pieniądze, rodzinę, był właścicielem dużej firmy reklamowej. Później stracił wszystko. I znów odzyskał – jak sam mówi – dzięki Annie Dymnej. Pracował w jej fundacji „Mimo Wszystko”, niedawno pomagał Jankowi Meli rozkręcić jego fundację „Poza Horyzonty”.

Opowiada o życiu, walce o każdą jego sekundę. I o tym, co w nim najważniejsze.

Kiedy pierwszy raz zaatakował cię nowotwór?

Miałem 16 lat, wróciłem właśnie z harcerskiego wypadu w Tatry. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. Myślałem, że mnie przewiało. Okazało się jednak, że to był nowotwór gardła. Trafiłem do Instytutu Onkologii w Krakowie, przeszedłem silne naświetlania, ciężką chemioterapię. Udało się. Przez kilkanaście lat miałem spokój z chorobą. To był bardzo intensywny okres w moim życiu, współtworzyłem pierwszą w Polsce spółdzielnię mieszkaniową dla niepełnosprawnych, rozwijałem działalność reklamową. Byliśmy potentatami, jako jedni z pierwszych w naszym kraju zdobiliśmy kubki dla firm herbacianych, kawiarskich. To był okres prawdziwej prosperity. W 1996 roku nowotwór jednak znów zaatakował: usunięto mi półtora płata płuca od strony serca.

Czy duże pieniądze nie spowodowały, że woda sodowa uderzyła ci do głowy?

Nie, pieniądze pozwalały mi realizować marzenia. Pływałem na desce surfingowej, miałem motocykl. Były wczasy zagraniczne, korzystałem z życia, ale „palma finansowa” mi nie odbiła. Zatrudniałem niepełnosprawnych pracowników, pomagałem wielu organizacjom wspierającym biednych i poszkodowanych.

Jak to się stało, że rzuciłeś pracę w agencji reklamowej, przynoszącą dochody?

Miałem duży wiraż życiowy. Musiałem sprzedać firmę, bo nieuczciwi kontrahenci wyłudzili towar. Później znów miałem problemy zdrowotne, pojawił się guz na czole – kolejny nawrót choroby nowotworowej. Zmarł nagle mój brat. Rozsypały się moje sprawy małżeńskie. W ciągu trzech lat z krezusa stałem się małym robaczkiem. Można powiedzieć, że w 2004 roku Anna Dymna wyciągnęła mnie ze schroniska dla bezdomnych. Jej cudownym posunięciem było zatrudnienie mnie za symboliczne pieniądze jako rehabilitanta do pracy z osobami z upośledzeniem umysłowym w ośrodku w Radwanowicach. Zawsze opowiadam o Sabince. Ślina jej się ulewała, ledwo trzymała kredkę w rękach, nie mówiła. Kiedyś, w jakiś fatalny dla mnie dzień, kiedy nic mi nie szło, poprosiłem, żeby namalowała drzewo, które było za oknem. Padał wtedy deszcz, a drzewo na rysunku Sabinki miało siedem kolorów. Na moje pytanie, czy ona naprawdę tak widzi to drzewo, uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Wtedy pomyślałem, że te osoby są może bardziej szczęśliwe niż my.

Choroba jednak nie daje ci o sobie zapomnieć…

Tak. W 2004 roku pojawił się guzek na czole, który dwa lata później zaczął krwawić i zdecydowano się na jego wycięcie. Niestety, potem nastąpiło pogorszenie, zatoki zostały zajęte ropą, pojawiło się zagrożenie ropnia pnia mózgu. Przeszedłem zabieg endoskopowego czyszczenia zatok, który uratował mi życie. Ale nie słyszę na jedno ucho, na drugie też znacznie gorzej, często mam zaburzenia równowagi. Znów uratowała mnie Anna Dymna, wspierając pilne wykonanie zabiegu…

Mimo operacji z zatokami cały czas coś jest nie w porządku. Pokasłujesz…

Tak i straszą mnie, że jeżeli stan zapalny będzie się utrzymywał, to znów może pojawić się nowotwór. W trakcie przygotowań do wyprawy na Kilimandżaro w październiku 2007 roku zemdlałem na spacerze z psem. Przewieziono mnie do szpitala. Diagnoza: nowotwór mózgu. Byłem w skrajnej depresji, żegnałem się już z synem i mówiłem, że Ten na górze czwarty raz nie da mi szansy. Ale okazało się, że lekarz, który odczytywał tomograf, pomylił się. Guza nie było. Żyję.

Już od 26 lat chorujesz na nowotwór. To takie zawieszenie między życiem a śmiercią. Boisz się czasem śmierci?
Wiesz, kiedy opowiadam lekarzowi o moich kolejnych wyczynach: wyprawa na Elbrus, Kilimandżaro, Lewa Marathon* w Afryce (byłem 51. na 1000 startujących!), to mój lekarz mówi, że to jest taki rodzaj ADHD. Ja powiem inaczej: człowiek chciałby się tak „nachapać” każdej sekundy życia…

Potrafiłem kiedyś wsiąść do samochodu i jechać całą noc, by obejrzeć wschód słońca na wybrzeżu… Ktoś, kto mówi, że nie boi się nowotworu, kłamie. Człowiek się boi. Ale też docenia każdą chwilę. Najprostsze czynności zaczynają sprawiać radość. Staram się narzucić sobie rytm dnia. Zaczynam od pójścia na basen. Pływanie to jest taka moja mantra oddechowa, bardzo mnie uspokaja. Potem piję kawę, patrzę na swoją Babią Górę.

Uważam, że psychika jest najważniejsza. W środku musi być porządek, sygnał idzie z mózgu. Widziałem ludzi, który załamali się po usłyszeniu diagnozy o nowotworze, i pomimo dobrych wyników następowało gwałtowne pogorszenie ich stanu zdrowia. Umierali. I w drugą stronę: jak ktoś był dobrze zmotywowany, otoczony miłością, to dźwigał się z choroby.

Jak to wszystko mówisz, mam wrażenie, jakbyś mówił nie o sobie, tylko o kimś innym. Masz uśmiechnięte oczy i jesteś taki spokojny…

Jest tyle płaczu, smutku, że po co ktoś jeszcze ma nieść moje problemy. Lepiej świadczyć swoim zachowaniem o tym, że człowiek jest silny, wielki.

Nie masz chwil załamania?

Mam. Ale staram się układać swoje życie. Największym problemem są teraz dla mnie sprawy finansowe. I poczucie wszechogarniającego braku szacunku dla cudzej pracy.

Z twoim doświadczeniem z łatwością mógłbyś dostać dobrze płatną pracę. Jesteś choćby cenionym fundraiserem, umiesz zdobywać od sponsorów pieniądze na działania fundacji.

Tak, mógłbym iść do firmy, ale widzę, co dzieje się w korporacjach. Kiedy nie miałem problemów finansowych, to gdy ktoś do mnie dzwonił, to głównie z powodu płatności. A teraz mama chorego dzieciaka dzwoni na święta, dziękując, że uratowałem mu życie, albo że Asia ma dzięki mnie nową rękę.

Mam spore osiągnięcia, jeśli chodzi o fundraising. Największym było zorganizowanie wyprawy na Kilimandżaro: udało się zdobyć ponad 100 tysięcy złotych na tę wyprawę (w pieniądzach i sprzęcie). Podkreślam jednak, że dobry fund­raising to praca zespołowa.

A nie było takich głosów: po co niepełnosprawnym wyprawa na Kilimandżaro? Nie lepiej byłoby te pieniądze wydać np. na sprzęt rehabilitacyjny?

Były takie głosy. Nie jesteśmy bogatym społeczeństwem, wielu ludzi przelicza wszystko na zupki… Ja jednak zawsze powtarzam, że kiedy nasz papież przyjeżdżał do Polski, to nie przywoził 200 ton mąki, tylko morze nadziei, którą dawał ludziom. Nie da się zmierzyć tego, co dzięki takiej wyprawie siejemy w umysłach ludzi, którzy np. leżą szpitalu na oddziale onkologii albo są niepełnosprawni. Pamiętam list od chłopaka, który ma porażenie czterokończynowe. List podyktował matce. Napisała, że dziękuje nam za wyprawę na Kilimandżaro. Bo dzięki temu on kiedyś zdobędzie swoje, czyli… sam dojdzie do umywalki.

Mój lekarz mówi mi, że innym swoim pacjentom z nowotworem płuc daje mnie za przykład. Opowiada im, że wszyscy przepowiadali mi kilka miesięcy życia, a ja przysyłam do niego kartki z Kilimandżaro. To wielu ludziom daje nadzieję.

Nie tylko zdobyłeś pieniądze na wyprawy, ale też sam wszedłeś na Kilimandżaro i Elbrus. Jak bez płuca chodzisz po tak wysokich górach? Tam zdrowemu brakuje tlenu.

Czasem czuję się jak czajnik postawiony na parze. W momencie wysiłku, człowieka zaczyna przytykać, gwiżdże jak czajnik.

Ratuje mnie chyba to, że zawsze miałem dobrą wydolność, bo uprawiałem sport, jeździłem na nartach, byłem mistrzem Polski w narciarstwie alpejskim. Drużynowo zdobywaliśmy mistrzostwo, kiedy już nie miałem płuca. Nie powiedziałem lekarzom, bo nie dopuściliby mnie do zawodów.

Która wyprawa była dla ciebie trudniejsza: na Kilimandżaro czy Elbrus?

Wyprawa na Kilimandżaro była uciążliwa z racji przypadłości fizjologicznych, biegunka kosiła nas jak żyto. Wypróżnianie się na wysokości 4700 m, gdzie jest jeden kamień i 70 osób, i nie bardzo jest jak się zasłonić, z perspektywy czasu wydaje się śmieszne, ale wtedy takie nie było. Z Kilimandżaro pamiętam niewiele, byłem niedotleniony. Ale to, co wydawało mi się skrajnym niedotlenieniem, było pestką w porównaniu z tym, jak to wyglądało podczas wyprawy na Elbrus. Tam miałem wręcz halucynacje z powodu niedotlenienia, grudki śniegu zamieniały mi się w zwierzątka. A po zejściu z Elbrusa zacząłem tak kasłać, że dusiłem się.

Lekarz pozwala ci na takie wyprawy? Co cię tam pcha, skoro to niebezpieczne?

Wszystko może być niebezpieczne. Z medycznego punktu widzenia powinienem czytać gazety i siedzieć w domu. Góry to rodzaj mistyki. Zmęczenie i wyzwanie to jest jedno, ale jak człowiek usiądzie na szczycie, gdzie zwykle panuje absolutna cisza, to wie, że jest bliżej Boga. Jest ogromna satysfakcja, duma, że można.

Nie poddajesz się. Właśnie wróciłeś z maratonu w Nowym Jorku…

New York Marathon to wyjątkowa impreza biegowa. Każdego roku do startu aplikuje ponad 200 tys. osób z całego świata. Wszyscy chcą przebiec trasę ponad 42 km ulicami amerykańskiej metropolii przy ogłuszającym dopingu mieszkańców. W tym roku startowało ponad 65 tys. biegaczy. Ponad sześć miesięcy naszych starań o dopuszczenie do startu zakończyło się sukcesem. Niemała w tym zasługa sponsorów oraz polonii, która udzieliła nam wielkiego wsparcia. Nasz zespół „Jasiek Mela-Team” w składzie: Jasiek Mela (proteza kończyny), Jurek Płonka (słabowidzący), Piotr Pogon (po resekcji płuca), Rafał Pliszka (trener-opiekun), Jacek Pawlikowski (trener-opiekun) ukończył w komplecie zawody. Najbardziej cieszy wytrwałość Jaśka, który po sześciu godzinach i 30 minutach dotarł na linię mety, kończąc swój pierwszy w życiu maraton. Jurek Płonka uzyskał wraz z opiekunem (Jacek Pawlikowski) czas 3h 45 min, ja 4 h 09 min (z Rafałem Pliszką).

Twoje plany na przyszłość?

Żyję bardzo intensywnie. Prowadzę wykłady i szkolenia dla managerów dużych firm, pomagam organizacjom pozarządowym. Marzę o starcie w zawodach triathlonowych, kolejnych wyprawach wysokogórskich z przyjaciółmi. O znalezieniu schroniska lub pensjonatu, który mógłbym poprowadzić z Anią, moją partnerką życiową. O wiośnie i spacerach z naszymi psami – Waflem i Setem. Bardzo też chciałbym pomóc polskim franciszkanom prowadzącym ośrodki dla sierot w Kenii. Nie wiem tylko, ile mam jeszcze czasu…

Mam nadzieję, że twój czas nigdy się nie skończy.

*Jeden z najtrudniejszych biegów na świecie, w którym trzeba pokonać dystans 42 km na wysokości 2400 m n.p.m.

Test Rozpoznawania Zaburzeń Związanych z Piciem Alkoholu AUDIT

Wypełnij nasz test i dowiedz się czy masz problem z piciem alkoholu

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH