W jej sercu jest Kamerun

W jej sercu jest Kamerun


Wulkan energii, znakomity lekarz, człowiek z wizją, obrończyni wiary. Za swoje ogromne serce dla potrzebujących siostra Józefina Grabowska otrzyma w tym roku Nagrodę Zaufania „Złoty OTIS”.

Skąd ją znam? Jestem lekarzem, wolontariuszem Stowarzyszenia Lekarze Nadziei, które od wielu lat współpracuje z misyjnymi ośrodkami dominikanek. Wraz z panią doktor Agnieszką Rościszewską wyjechałyśmy w 2006 roku do Kamerunu, żeby pracować w przychodni w Garoua Boulaï prowadzonej przez siostrę Józefinę Grabowską.
Marzenie o Afryce

Jeszcze przed wstąpieniem do zakonu ukończyła studia medyczne, zrobiła specjalizację z rehabilitacji i odbyła wiele nadprogramowych praktyk, które miały ją przygotować do pracy w Afryce, o czym zawsze marzyła.
Do Kamerunu wyjechała w 1995 roku i od tego czasu w Polsce bywa jedynie na krótkich urlopach. Od wielu lat prowadzi przychodnię katolicką (zwaną powszechnie dyspanserem) w Garoua Boulaï.

Garoua Boulaï jest niewielkim miastem, którego ogromną większość mieszkańców stanowią muzułmanie. Leży w jednej z najuboższych prowincji Kamerunu, na granicy z Republiką Środkowej Afryki. Pacjentami przychodni są zarówno mieszkańcy miasta, jak i nomadowie z plemienia Bororo oraz uchodźcy z RPA, Czadu i Nigerii. W zależności od pory roku siostra Józefina przyjmuje od 30 do 100 pacjentów dzienne. Jest jedynym lekarzem w przychodni, pomagają jej miejscowi pielęgniarze. Na terenie przychodni działa apteka i laboratorium. W 2007 roku obok dyspanseru siostra otworzyła szpital położniczy.

Pierwsze wrażenia
Zanim dotarłyśmy z doktor Rościszewską do Garoua Boulaï, pracowałyśmy w kilku innych przychodniach katolickich w Bertoua. Siostrę Józefinę wyobrażałam sobie wtedy jako starszą, chudziutką panią, cichą i wiecznie zapracowaną. Kiedy w końcu dotarłyśmy do Garoua Boulaï, okazało się, że z moich wyobrażeń prawdziwe było jedynie: „wiecznie zapracowana”.

Gdy po raz pierwszy weszłyśmy do dyspanseru, było już po godzinach przyjęć, ale na korytarzu wciąż czekało wielu pacjentów. W gabinecie lekarskim zobaczyłam dobrze zbudowaną, wysoką kobietę, siedzącą na stosunkowo niewielkim taborecie ustawionym przy biurku zawalonym dokumentami i lekami. Miała opaloną twarz, zmarszczone czoło i okulary na czubku nosa, znad których dość krytycznie na mnie spojrzała. Powiedziała, że dobrze, że już jesteśmy, bo od rana ma mnóstwo pacjentów. Wskazała nam gabinet obok i powiedziała, że możemy zaczynać pracę.

Wulkan energii
Nigdy wcześniej (ani później) nie spotkałam osoby tak żywiołowej jak siostra Józefina. Przyjmując dziennie do 100 pacjentów, potrafiła zadbać o wzorowe zaopatrzenie apteki i laboratorium, szkoliła personel przychodni i jednocześnie nadzorowała budowę nowego szpitala położniczego. Realizacja każdego z tych zadań wiąże się z pokonywaniem pewnych przeszkód właściwych dla warunków afrykańskich. Pacjenci to osoby z ciężką malarią, biegunkami, niedożywione, do diagnostyki AIDS, gruźlicy, kiły, rzadziej z cukrzycą, nadciśnieniem, często z trudnymi do opatrzenia ranami. Wyposażenie apteki i laboratorium wiąże się z wyjazdami do odległej o kilkaset kilometrów stolicy lub znajdującego się bliżej Bertoua. Część leków siostra przywozi z Polski, kiedy wraca z urlopu (zwykle w jej walizkach poza niewielką ilością naprawdę niezbędnych rzeczy osobistych nie ma nic, co by nie przydało się w przychodni).

Jednym z trudniejszych zadań jest szkolenie personelu. Absolwenci szkół pielęgniarskich nie potrafią często mierzyć ciśnienia czy tętna. Byłam świadkiem, jak jeden z młodych pielęgniarzy miał zamiar zdezynfekować oko pacjenta spirytusem.

Ale najtrudniejsze jest budowanie. Nie ma porównania z warunkami panującymi w Polsce. Narzekamy na naszą administrację, ale kiedy już po wielu miesiącach skompletujemy dokumenty, możemy zaczynać pracę. W Afryce nie zawsze wiadomo, kto za co odpowiada, gdzie załatwić formalności. A na koniec może się okazać, że „nasza” działka została sprzedana równocześnie komuś innemu. Jeżeli jesteśmy obcokrajowcami, wiąże się to z pokryciem kosztów odszkodowań, a nawet utratą działki z już postawionymi budynkami! Kolejnym problemem jest brak materiałów budowlanych.

Załóżmy, że mamy zgromadzony materiał. Teraz pozostaje sprawa fachowców. Ich styl pracy można porównać z prezentowanym w polskich komediach z lat 80. Dotyczy to każdego rodzaju zlecenia – od przykręcania klamek (często do góry nogami) do wykonywania drzwi o 30 cm krótszych, ale za to o tyle samo szerszych w stosunku do framugi. Śmieszne to nie jest. Nad tym wszystkim jednak czuwa siostra Józefina. Ma zwyczaj spolszczać imiona swoich pracowników i co chwila z placu budowy daje się słyszeć pełen przerażenia krzyk: „Andrzej!”. Andre, przemiły człowiek, jest tamtejszym kierownikiem budowy…

Siostra niepokorna
Wszystko to wplata się w codzienne obowiązki, jakie niesie przynależność do Zgromadzenia Sióstr Dominikanek: uczestnictwo w porannych i wieczornych modlitwach, kontemplacja, rekolekcje, opieka nad kościołem. Siostra jest nieustępliwą obrończynią wiary. Nie pozwala ani sobie, ani młodzieży znajdującej się pod jej opieką, na żadne ustępstwa.

Czasami śmieszny bywał kontrast między habitem, który kojarzy się raczej z potulnością, a zachowaniem siostry. Pewnego razu zatamowała ruch na jednym ze skrzyżowań w stolicy. Siostra wysiadła z samochodu i – jak policjant drogówki – pokierowała ruchem tak, że po kilku chwilach po korku nie było śladu.

I zwykły człowiek
W tym wszystkim – leczeniu, budowaniu i szkoleniu – siostra Józefina Grabowska jest też zwykłym człowiekiem. Często choruje na malarię, jest zmęczona, przepracowana. Nieraz mówi, że ma ochotę wrócić do Polski, zamiast szarpać się z tyloma problemami, o których w kraju nikt nawet nie pomyśli. Jednak moim zdaniem siostra do Polski tak łatwo nie wróci. W jej sercu jest Kamerun.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH