Prof. Waldemar Kostewicz: Trudne pytania o palenie i alkohol w Polsce oraz rolę ziołolecznictwa w praktyce lekarza

Z PROF. WALDEMAREM KOSTEWICZEM, PREZESEM POLSKIEGO
TOWARZYSTWA LEKARSKIEGO, ROZMAWIA KATARZYNA PINKOSZ.

Finlandia, Dania, Irlandia zobowiązały się do wyeliminowania dymu tytoniowego do 2030 r. Hasło „Polska wolna od dymu tytoniowego do 2030 r.”, zgodnie z czym palić powinno mniej niż 5 proc. społeczeństwa, rzucił Główny Inspektorat Sanitarny. Jak zrealizować to hasło?

Będzie to trudne, gdyż w Polsce tytoń pali 40 proc. mężczyzn i 25 proc. kobiet – to ogromny problem. Do 2030 r. to bardzo krótki czas, zrealizowanie tego wymagałoby dużych nakładów i wsparcia państwa, wielu programów aktywizujących do rzucenia palenia. Czasem pacjenci mówią: „Palę 2 paczki papierosów, ile mam palić, żeby być zdrowym?”. Odpowiadam, że ani jednego.

Nie istnieje bezpieczna liczba papierosów: na podstawie badań norweskich obliczono, że wypalenie nawet 4 papierosów dziennie trzykrotnie podwyższa ryzyko zgonu z powodu raka płuca i zawału serca. Zatrważające są dane, które pokazują, że w Polsce 25 proc. młodych osób pali papierosy. Często palą na dyskotekach, spotkaniach. Palenie często jest łączone z piciem alkoholu, kawy, a to potęguje niekorzystny wpływ nikotyny. Palenie papierosów to nie tylko większe ryzyko raka płuca, ale także innych rodzajów nowotworów oraz nadciśnienia tętniczego, miażdżycy, zawału serca, astmy, wrzodów dwunastnicy i żołądka, udarów mózgu, osteoporozy, zaćmy, przyspieszonej menopauzy.

Jest powszechna świadomość, że palenie szkodzi, jednak to palaczy nie odstrasza.

To prawda, często przychodzą do mnie do poradni pacjenci z chorobami naczyń. Czasem pacjent mówi, że chce przestać palić, bo przekonał go do tego napis na paczce papierosów – ale nie ten, że palenie powoduje raka płuca, miażdżycę, tylko że pogarsza płodność czy funkcje seksualne. Większość jednak nie reaguje na takie napisy, nie zwraca na nie uwagi. Przyzwyczaja się. Gdy pierwszy raz wsiadamy do samochodu, zwracamy uwagę na znaki drogowe; a po wielu latach – już o nich nie myślimy. Tak samo kupujemy paczkę papierosów i nie zwracamy uwagi na to, co jest napisane. Chcemy zapalić papierosa – to on jest ważny.

To co w takim razie zrobić, żeby kampanie antynikotynowe były skuteczne?

Zawsze powtarzam pacjentowi, że wszystko zależy od niego, wszystko jest w głowie. A gdy chcesz mieć zdrowe nogi, to musisz chodzić. Jeśli masz rzucić palenie, to nikt cię w tym nie wyręczy, jeżeli sam nie zrozumiesz, że musisz przestać palić. Oczywiście, są środki farmakologiczne, nikotynowa terapia zastępcza, są różne formy pomocy, nawet próby stworzenia szczepionki antynikotynowej. Jednak podstawą jest nawiązanie kontaktu z pacjentem i stworzenie potrzeby rzucenia palenia. Ważna jest taka zawziętość: chcę wyjść z tego nałogu. Potrzebne są też zachęty – np. w postaci podwyżki dla osoby, której uda się rzucić palenie. Najważniejsze jest jednak zniechęcanie młodych ludzi do rozpoczynania palenia.

Drugi duży i niedostrzegany przez naszych polityków problem to alkohol. W Polsce coraz więcej sprzedaje się alkoholu w małych butelkach – tzw. małpek. Uważa Pan, że to problem? A jeśli tak, to jak z tym walczyć?

Ten problem nas w Polsce dopadł. „Małpki” to butelki z alkoholem o pojemności do 200 ml, z wódką smakową, kolorową – i to jest właśnie ten podstęp. Cytrynówka, wiśniówka, pomarańczówka – to alkohole słodkie, czyli fajne. Jak ktoś pije zwykły alkohol, czuć od niego nieprzyjemny zapach. Po wypiciu wódki kolorowej, smakowej często zapach jest taki, jakby ktoś zjadł cukierka. Problem dotyczy osób dobrze wykształconych, dobrze sytuowanych, często kobiet. Nie wiem, kto wymyślił, żeby sprzedawać alkohol w tak małych pojemnościach: butelka mieści się w damskiej torebce lub w kieszeni marynarki. Problem polega na tym, że codziennie sprzedaje się ok. 3 mln takich buteleczek, w tym ok. miliona – rano. A to oznacza, że milion Polaków idzie do pracy na rauszu. 35 proc. osób kupuje „małpki” rano. Idą do pracy, na studia, do szkoły. Butelki widać wszędzie: w koszach na śmieci, w parku, w lesie. To jest nowa plaga, te osoby nie uważają, że są alkoholikami, tymczasem piją codzienne, często w samotności, a to jest jednym z czynników świadczących o uzależnieniu się od alkoholu. Bardzo trudno takie osoby wyprowadzić z nałogu, zresztą one nie poczuwają się do tego, że są alkoholikami. To jest też kwestia ceny: 5 zł, 10 zł – to nie jest obciążający wydatek. Problemem są wpływy do budżetu z podatku akcyzowego – państwo na sprzedaży alkoholu zarabia 12-14 mld zł. W 2017 r. Warszawa zarobiła 52 mln zł dzięki koncesjom na sprzedaż alkoholu. Jednak NFZ na leczenie osób nadużywających alkoholu wydaje ok. 8 mld. Pijemy ponad 11 l czystego alkoholu na osobę, wkrótce osiągniemy 12 l na osobę, a powyżej tego poziomu rusza proces degradacji społeczeństwa. Rozumiem, że państwo zarabia na sprzedaży alkoholu, jednak szkody spowodowane przez jego picie są znacznie wyższe. W Polsce nie było jeszcze rządu, który drastycznie i mocno by tę sprawę stawiał, a Polacy na punkcie dostępności wódki są tak samo czuli jak Amerykanie na
punkcie dostępu do broni; zawładnięcie ich niezależności kojarzy im się z odebraniem wolności; jednak to trzeba zmienić.

Jak w takim razie poradzić sobie z problemem alkoholu?

Uważam, że trzeba wprowadzić sprzedaż alkoholu od 21. roku życia, zakazać sprzedaży alkoholu w małych butelkach, zakazać reklamy. Poza tym trzeba zlikwidować 80 proc. punktów sprzedaży alkoholu. Jesteśmy chyba jedynym krajem w Europie, który ma taki dostęp do alkoholu. W samej Bydgoszczy jest więcej punktów sprzedaży alkoholu niż w całej Norwegii. Kolejna rzecz: trzeba zlikwidować możliwość kupowania alkoholu na stacjach benzynowych oraz wprowadzić zakaz jego sprzedaży między 22 a 6 rano.

Pacjenci coraz częściej chcą być leczeni metodami naturalnymi, co nie zawsze popierają lekarze. Czy uważa Pan, że ziołolecznictwo powinno mieć miejsce w praktyce lekarza?

Ziołolecznictwo (fitoterapia) ma ogromną historię, sięgającą początków ludzkości. Gdy pojawiły się nowoczesne leki, w tym antybiotyki, zioła zaczęto stosować rzadziej. Jednak dziś, gdy coraz częściej widać efekty uboczne antybiotyków, ziołolecznictwo wraca do łask, wraz z modą na żywność ekologiczną. Zioła mogą być stosowane bardzo szeroko: zarówno w formie zewnętrznej (opatrunki, okłady), jak i wewnętrznej. Warto z nich korzystać, jednak trzeba pamiętać, że mogą mieć silne działanie, dlatego ich przyjmowanie powinno być konsultowane z lekarzem.

Nawet jeśli pacjent o to zapyta, lekarz często nie wie, gdyż fitoterapii nie ma na studiach medycznych. Czy ziołolecznictwo powinno być wykładane na studiach medycznych?

Kiedyś uważano, że lekarz powinien stosować typową farmakologię, dlatego fitoterapii nie uczono na studiach medycznych. Uważam, że warto to zmienić – zwłaszcza że pacjenci często pytają o zastosowanie ziół, szczególnie przy chorobach przewlekłych. Przyznam, że nadrabiam braki swojej wiedzy w zakresie fitoterapii – pacjenci zadają mi pytania; sam odczuwam brak informacji na ten temat i staram się je uzupełnić.

Lekarze często mówią, że zioła nie mają badań klinicznych. Albo wręcz podśmiewają się z pacjentów stosujących takie metody.

Większość lekarzy faktycznie nie ma takiej wiedzy, co nie znaczy, że lekarz – jeśli nie ma takiej wiedzy, to nie powinien jej zdobyć. Lekarz uczy się przez całe życie. Pacjenci często zadają mi pytania dotyczące leczenia naturalnego, ziołolecznictwa, zastosowania masaży czy kąpieli, gdy wybierają się do sanatorium. Muszę mieć taką wiedzę, skoro pacjent mnie o to pyta. Gdybym miał mniejsze doświadczenie, być może powiedziałbym, że takie leczenie nie ma sensu. Mam jednak długą praktykę, doświadczenie; nie mogę pacjentów zostawić bez odpowiedzi, bo byłoby to nieprofesjonalne.



POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH