cerkiew chrystusa zbawiciela – największa cerkiew prawosławna na świecie

Nowa-stara Moskwa


Dawniej jej ulicami spacerowali Bułhakow, Majakowski i Jesienin. Dzisiejsza Moskwa to dziesięciomilionowa metropolia, modne miasto, które niezmiennie przyciąga swoją magią turystów z całego świata.

Jeszcze do niedawna tkwiłam w złudnej świadomości, że ze wszystkich stolic europejskich najlepiej znam Moskwę. Choćby dlatego, że w połowie lat 70. ubiegłego stulecia dane mi było spędzić w tym mieście – na koszt pracodawcy, czyli koncernu RSW „Prasa-Książka-Ruch” – cały miesiąc, jako słuchaczka kursu językowego organizowanego dla dziennikarzy z krajów demokracji ludowej. A że polska grupa okazała się – w porównaniu z innymi – najbardziej zaawansowana pod względem znajomości języka, historii i kultury, cieszyliśmy się sporą swobodą. W dzień biegaliśmy po licznych muzeach, wieczory spędzaliśmy w teatrach, a w tzw. międzyczasie szlifowaliśmy moskiewskie bruki.

METROPOLIA Z CERKWIAMI
Pierwsze otrzeźwienie w tym samozadowoleniu pojawiło się w pierwszych latach pieriestrojki, kiedy w Moskwie – jak zresztą w wielu innych miastach, także polskich – zaczęto zmieniać nazwy ulic, placów i stacji metra, w najstarszej części miasta przywracając dawne nazwy, nam znane wyłącznie z literatury. Na szczęście, jadąc tam w sprawach teatralno-literackich, zabrałam ze sobą plan Moskwy „radzieckiej”, którego porównywanie z planem nowej-starej Moskwy pozwalało w miarę precyzyjnie trafiać pod właściwe adresy. Wtedy też po raz pierwszy zaczęły się odsłaniać miejsca wcześniej przed turystami skrywane, przesłaniane rusztowaniami i płotami, znane zapewne moskwianom z dziada pradziada, ale nie przaśnym radzieckim przewodnikom, czy – nieco później – eleganckim przewodnikom z serii „Pascala”.

Dzisiejsza Moskwa to dziesięciomilionowa metropolia, w której w ciągu kilku lat liczba tylko samych cerkwi i cerkiewek wzrosła z kilkudziesięciu do kilkuset, nie mówiąc już o mnożących się muzeach, pomnikach, teatrach i salach koncertowych, o przywracanych do życia pałacach i nowych imponujących obiektach. Sami mieszkańcy dostają od tego zawrotu głowy, a co dopiero przybywający do miasta, nawet niegdyś tu nieco zadomowiony, Polak!
spacer po mieście

Niedawno ukazała się „Moskwa” Grzegorza Wiśniewskiego, z wszystko mówiącym podtytułem: „Portret – przewodnik. Dzieje – Zabytki – Kultura”. Autor uwzględnia nazwy przed- i porewolucyjne oraz nazewnictwo współczesne. I to z konsekwentnym zastosowaniem znakomitej polskiej transkrypcji nazw i imion własnych, z czego obecnie tak często rezygnuje się na korzyść angielskiej transkrypcji fonetycznej. Wprawdzie, chcąc nie chcąc, przywykamy do tego, że na polskich afiszach zapowiadane są sztuki Tchehov’a czy symfonie Tchaykovsky’ego (czyt. Czechowa i Czajkowskiego), ale konia z rzędem temu, kto się zorientuje, że wymieniana w „Gazecie Wyborczej” miejscowość „Sochi”, to po prostu stare, poczciwe… Soczi.

Takich zasadzek i lingwistycznych wariacji Wiśniewski nam oszczędza, nie szczędząc za to ogromnej, latami gromadzonej, wiedzy o mieście, jego kulturze, zabytkach architektonicznych, klasztorach i cerkwiach, teatrach i instytucjach muzycznych, a także ludziach – najwybitniejszych postaciach życia artystycznego i politycznego, których losy związane były lub są z Moskwą. W tej grupie znajdujemy licznych Polaków – od Adama Mickiewicza po Henryka Wieniawskiego, od Kazimierza Malewicza po sławny do dziś ród Bełzów. Ta imponująca wiedza jest przekazana w sposób precyzyjnie czytelny, uporządkowany, z oddaniem klimatu opisywanego miejsca. Sprawia wrażenie, jakbyśmy odbywali wraz z autorem długi pieszy spacer zakątkami tej jego nowej‑starej Moskwy, podczas którego co rusz nasz przewodnik rozszyfrowuje nam jej tajemnice i zagadki: Kitajgorodu i pałaców wokół Kremla, klasztorów prawosławnych i starych arystokratycznych siedzib, domostw bogatych kupieckich rodów i ich późniejszych lokatorów: pisarzy, artystów, wybitnych ludzi nauki. Przy tym odnosi się wrażenie, że każdy z rozdziałów autor mógłby rozwinąć do rozmiarów odrębnej książki. Po to, by taką wiedzą dysponować, trzeba na własnych nogach przemierzyć rozległe ulice i wąskie zaułki, odsiedzieć swoje w bibliotekach i archiwach, w salach koncertowych oraz teatrach. A potem opisać tak, żeby czytelnikowi chciało się jak najprędzej powtórzyć ten spacer osobiście, choć dobrze wie, że dzień czy nawet tydzień na to nie wystarczy.

ZAKOCHANY W MAGICZNYM MIEŚCIE
Grzegorz Wiśniewski w 1969 roku ukończył studia lekarskie – uwaga: dyplom z tzw. czerwonym paskiem! – na Akademii Medycznej w Poznaniu. Medykiem jednak nie został, bo doktorat robił już z filozofii. Właśnie na okres studiów doktoranckich datuje się początek jego zauroczenia Moskwą, w której spędził w różnych okresach życia blisko siedem lat. Wiśniewski był m.in. wicedyrektorem Ośrodka Informacji i Kultury Polskiej w Moskwie (1988–1992), wicedyrektorem Centrum Międzynarodowej Współpracy Kulturalnej „Instytut A. Mickiewicza” (2002–2005), kierował też m.in. organizacją Sezonu Rosyjskiego w Polsce i Sezonu Polskiego w Rosji (2004–2005). Wiśniewski to historyk kultury, eseista, rozmiłowany w muzyce i teatrze, badacz i popularyzator kultury rosyjskiej oraz polsko-rosyjskich kontaktów artystycznych, autor m.in. książek: „Od Szalapina do Kozłowskiego. Opery Moniuszki w Rosji” (Warszawa 1992), „Chopin w kulturze rosyjskiej” (Warszawa 2000), „Od Puszkina do Michałkowa. Muzy stolic Rosji” (Warszawa 2003). Przełożył też z rosyjskiego m.in. autobiografię Fiodora Szalapina „Maska i dusza” (Warszawa 1997) oraz „Dziennik” Wacława Niżyńskiego, szalenie trudny, bo pisany przez zapadającego na chorobę psychiczną tego genialnego tancerza o polskich korzeniach.

Materiały do książkowego portretu stolicy Rosji Wiśniewski zbierał blisko dwadzieścia lat! I czego by nie powiedzieć, dawna znajomość z medyczną dokładnością, precyzją i solidnością, w tej pracy bardzo mu się przydała. Powinni to sprawdzić zarówno ci, którzy w Moskwie bywali, jak ci, którzy się do niej pierwszy raz wybierają. Bo Moskwa staje się coraz modniejsza – dobrze o tym wiedzą zamiłowani wędrowcy.


I.
850-metrowy Arbat jest dla moskwian i w ogóle Rosjan ulicą szczególną, otaczaną niezwyczajnymi uczuciami, stanowi jeden z symboli miasta, jego tradycji i kultury. Jeśli się mówi „mieszkam na Arbacie”, nie potrzeba już dodawać „w Moskwie”. Cudzoziemiec pojmie to być może nie od razu: przecież idzie o ulicę w gruncie rzeczy niezbyt oryginalną, bez wielkiej klasy zabytków, zabudowaną niemal w całości zwyczajnymi czynszowymi domami. Tajemnica zawiera się w tym, że po pierwsze – pod pojęciem „Arbat” rozumie się sieć otaczających go starych, pełnych uroku uliczek i zaułków, po drugie – okolica ta, silnie związana z wieloma wydarzeniami rosyjskiej historii i kultury, budzi u Rosjan mnóstwo najróżniejszych, dla innych nie zawsze oczywistych i czytelnych skojarzeń i reminiscencji. Właśnie mając na uwadze niepowtarzalną aurę i symbolikę tego rejonu Iwan Bunin pisał w jednym ze swoich wierszy, że „tutaj, w zaułkach starych za Arbatem całkiem odmienne miasto…”. A nieco dalej czytamy: „Początkowy, sąsiadujący z placem Arbackim odcinek ulicy jest stosunkowo mniej ciekawy, warto jednak zwrócić uwagę na dom nr 4, w końcu XIX wieku własność Polaka, Alfreda Szaniawskiego, generała, przedsiębiorcy i mecenasa, który w testamencie zapisał dom i inne swe nieruchomości i kapitały Dumie Miejskiej z warunkiem przeznaczenia uzyskiwanych z nich dochodów na utworzenie i utrzymanie Uniwersytetu Ludowego, potem bardzo owocnie działającego w latach 1908-1918. W domu nr 9 w latach dwudziestych ubiegłego wieku mieściła się popularna wśród pisarzy kawiarnia „Arbacka piwnica” – bywali tu często Majakowski i Jesienin…”

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH