Lepsi i gorsi

Nie wszyscy pracownicy służby zdrowia otrzymają podwyżki. Od października tego roku podwyżki w wysokości średnio 30 proc., maksymalnie 40 proc. obecnych zarobków mieli otrzymać wszyscy pracownicy placówek medycznych, funkcjonujących w ramach kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia – pisze “Dziennik Polski”.

– W maju kierownictwo resortu zdrowia zapowiadało, że pieniądze na ten cel będą pochodzić z budżetu państwa. Teraz okazuje się, że wypłaci je Narodowy Fundusz Zdrowia, co oznacza, że w przyszłym roku będzie mniej, niż zakładaliśmy, pieniędzy na bieżące funkcjonowanie szpitali i spirala zadłużenia znów zacznie się rozkręcać – ubolewa Teresa Kopczyńska, dyrektorka szpitala w Dąbrowie Tarnowskiej.

Pracownicy tej placówki już otrzymali podwyżki: lekarze od 600 do 800 zł (brutto) pielęgniarki, analitycy, ratownicy, diagnostycy itp. – od 350 do 400 zł, pozostali pracownicy od 150 do 200 zł. – Ustalając wysokość podwyżek na niektórych wydziałach próbowaliśmy dawać najwięcej tym, którzy pracują najlepiej. Uważamy, że urawniłowka nie jest dobra – zauważa dyrektorka.

Do innych wniosków doszła dyrekcja oraz związki zawodowe w szpitalu im. St. Żeromskiego w Krakowie. Tutaj wszyscy pracownicy otrzymali 30 proc. podwyżki, bo – jak zaznacza dyrektor Andrzej Ślęzak – bez dobrej pracy pracowników administracyjnych, technicznych itp. szpital nie będzie prawidłowo funkcjonować. Podwyżki nie zostały jednak dopisane do pensji podstawowej, lecz zakwalifikowano je jako dodatki do zarobków.

Największym dziś problemem jest to, że ustawa przewiduje wzrost zarobków tylko dla pracowników zatrudnionych do końca czerwca tego roku. Tymczasem większość placówek przyjęła po tej dacie wiele osób, którzy oczekują takiego samego traktowania jak pozostali. Jeśli jednak pracodawca zdecyduje się na podwyższenie ich poborów, pieniądze na ten cel musi wygospodarować z funduszy, przeznaczonych na bieżące funkcjonowanie.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH