Szanowni Państwo,
Ze względu na epidemię, ulegnie zmianie termin XVII Gali Nagrody Zaufania „Złoty OTIS”, planowanej pierwotnie na 16 kwietnia 2020.
O nowym terminie i miejscu dorocznej ceremonii, poinformujemy najszybciej jak będzie to możliwe.
Za niedogodności przepraszam, za zrozumienie dziękuję
Paweł Kruś, przewodniczący Kapituły Nagrody
Katarzyna Walter

Katarzyna Walter: KOBIETY, kochajcie siebie!


Katarzyna Walter, aktorka, dziennikarka, prezenterka telewizyjna, kobieta niezależna.
Wiele w życiu doświadczyła, dlatego wie czego chce, konsekwentnie dąży do celu i nie marnuje czasu na błahe sprawy. Jest sama, ale nie samotna – zawsze może liczyć na przyjaciół i rodzinę.

Zapachy dzieciństwa
Najpiękniejsze wspomnienia związane są z moją babką, z którą mieszkałam w poniemieckiej willi w Zalesiu Górnym. Jeśli kiedykolwiek będę miała na to pieniądze, to zbuduję taki sam dom. Do dzisiaj pamiętam jego zapach, skrzypiące podłogi, chłód kafli pieca, lekko zakurzoną werandę, przepiękny taras na pierwszym piętrze i drewniane schody. Czuję ciepło pierzyny, widzę piękny obraz z chryzantemami, który wisiał naprzeciw mojego łóżka, mahoniowe biurko. Wspominam z czułością moją babkę, która kładła mi zmęczoną dłoń na oczach, kiedy zasypiałam. Uwielbiam wracać do tych obrazów z dzieciństwa.

Moja babka była bardzo wierzącą osobą, ale nie fanatyczką, niezwykle konsekwentną, rygorystyczną, a jednocześnie bardzo ciepłą. Babka stworzyła mi dzieciństwo, niebywale uporządkowała mój świat, wskazała drabinę, po której szczeblach wspinam się do tej pory. Dała mi tak solidne podstawy, że potem mogłam już sama pracować nad sobą, kształtować swoją osobowość, a jest to potwornie trudna praca. I nie ma dnia, żebym się nie zastanawiała nad sobą i nad tym, co się dzieje wokół mnie. Ale ja jestem typem niepokornym. Ktoś mi mówi: „tego nie wolno”, a ja na przekór odpowiadam: „właśnie, że wolno!”. Sparzę się, ale chcę spróbować, sama muszę się przekonać, czy to jest dla mnie dobre.

Zdrowa lekcja pokory
W okresie dojrzewania byłam grubą, niezdarną dziewczyną z wieloma kompleksami. Po to, żeby z tym walczyć, zdecydowałam się na szkołę teatralną. I właśnie ja, która się czerwieniła odbierając telefon, sapała po wejściu na drugie piętro, zdecydowałam, że zostanę aktorką. To właśnie ta wola przezwyciężania swoich słabości spowodowała, że zrobiłam duży krok do przodu. Na uczelni miałam wiele przedmiotów sportowych, takich jak: taniec, judo, jazdę konną czy pantomimę.

W latach 80. zagrałam sporo głównych ról w filmach, ale nadszedł moment, kiedy musiałam podjąć ważną decyzję życiową. Wiedziałam, że albo kariera i pełne napięcia oczekiwanie, czy zadzwoni telefon z propozycją roli, albo normalna praca w biurze, która da mi stabilizację i świadomość, że zarobię na siebie i dzieci. Zdecydowałam się na pracę w agencji reklamowej. Efektem tego wyboru była 10-letnia przerwa w aktorstwie. Ale podświadomie zawsze wierzyłam, że do tego wrócę, bo kocham grać. Wróciłam. Było to bardzo trudne. Byłam już po czterdziestce i wiedziałam, że rynek nasycony jest kobietami podobnymi do mnie. Więc z pokorą zaczynałam od epizodów. Brałam wszystkie role, bo wiedziałam, że to nie ja dyktuję warunki, że muszę spuścić z tonu, ale moja duma jakoś nie ucierpiała na tym. To była cena, którą musiałam zapłacić za dziesięcioletnią pauzę w zawodzie. I powolutku ludzie zaczęli sobie o mnie przypominać. Wróciłam do gry i to daje mi niesłychanie dużo radości, czuję, że ma sens, to co robię. Gram w serialu i nie umniejszam tej pracy, wręcz przeciwnie, daje mi ona dużą satysfakcję. A po cichu marzę sobie o wielkich rolach, ale nie fiksuję na tym punkcie. Jedyne, na co nie mogę sobie pozwolić, to siedzieć z nóżką na nóżce i czekać, co mi przyniesie los. Tego nauczyłam się już dawno temu. Szczęściu też trzeba dopomóc.

Wolności nie da się symulować!
Chyba wreszcie mogę o sobie otwarcie powiedzieć, że stałam się niezależna. Nie zawsze mogłam o tym szczerze mówić, zwłaszcza wtedy, kiedy byłam w związkach. Dwukrotnie byłam żoną i musiałam się liczyć z uczuciami mężczyzny, który był obok. Dlatego przez długi czas stosowałam zasadę naszych babek, żeby pewne drażliwe kwestie przemilczać. To się zmieniło w momencie, kiedy się rozwiodłam i samotnie wychowywałam dzieci. Bardzo się wtedy uspokoiłam, wyciszyłam i jednocześnie nabrałam przekonania, że coraz lepiej rozumiem, co jest istotą egzystencji, co ma być esencją mojego życia. Powinno się do tego konsekwentnie dążyć, a to oznacza porządkowanie swojego życia, pozbywanie się brudów. Chodzi o to, żeby zdać sobie sprawę z tego, na co jesteśmy w stanie się godzić w związku, a na co nie. Mając prawie 50 lat, wiem dokładnie, że już nie mam czasu na marnotrawienie życia. Nie ma sensu siebie oszukiwać, cukrzyć wzajemnie, wymyślać jakieś bzdury, kreować swój nieprawdziwy wizerunek. Mówię o typowych gierkach męsko-damskich, kiedy jedna strona coś udaje, żeby sprowokować drugą. Nie chce mi się już tego robić, bo ja dokładnie znam swoje potrzeby i jednocześnie wiem, co mogę zaoferować jako kobieta. Jestem na etapie życia, kiedy osiągnęłam już tę dojrzałość. Ale to też jest wniosek, do którego doszłam po ponad trzydziestu latach intensywnego życia. Do wielu spraw trzeba dojrzeć.

Ta prawdziwa miłość
Pierwsze dziecko urodziłam mając 21 lat i już wtedy w dużym stopniu musiałam się uporządkować. Dziś mam poczucie, że najlepiej jak mogłam spełniłam swoje obowiązki. Dzieci są dla mnie ogromnym wsparciem. To jest coś niewiarygodnego! Dlatego zawsze mówię: kobiety miejcie dzieci, bo wtedy poczujecie prawdziwą miłość. Z żadnym facetem nie doświadczyłam tak silnego uczucia, takiego emocjonalnego związku, jak z moimi dziećmi. Z nikim nie byłam nigdy tak blisko. To nie znaczy, że jestem toksyczną matką, bo zarówno syn, jak i córka są już samodzielni i mają swój świat. Oczywiście, były trudne rozmowy, kiedy próbowałam im wytłumaczyć, dlaczego oboje wychowywali się bez ojca. Od pierwszego i od drugiego męża odeszłam, kiedy moje dzieci miały po pół roku. Uważam, że mają prawo wiedzieć, dlaczego tak się stało. Głównym powodem moich decyzji było to, że walczyłam wtedy o spokój w domu i poczucie bezpieczeństwa. A moje nieudane relacje z byłymi mężami nie dawały mi tego. To nie jest normalne samemu wychowywać dzieci, bez drugiej połowy, ale są rzeczy ważne i ważniejsze, trzeba szybko reagować, jak się źle dzieje. Nigdy nie żałowałam swoich decyzji. Dzisiaj syn ma 26 lat i już nie mieszka z nami, a córka ma 18 i właśnie próbuje przeciąć pępowinę, uwolnić się ode mnie, co jest naturalne. Ale nadal jesteśmy sobie bardzo bliskie, dużo ze sobą gadamy, dużo czasu spędzamy razem. A nie raz, nie dwa są wspólne wygłupy: uwielbiam, kiedy czasami moja dorosła i duża już baba usiądzie mi na kolanach. To jest po prostu miłość!

Młodość jest stanem ducha
Robię wszystko, żeby być aktywna. Człowiek, który chce poznać sens swojego życia, przeżyć je jak najlepiej, nie może być bierny. On żyje całym sobą: we wszystkich czynnościach jest intensywny. Na przykład dzisiaj najbardziej ucieszyło mnie to, że zaświeciło słońce. Kto chce, może się z tego śmiać, a ja mam odwagę się przyznać, że jestem sentymentalna. Z drugiej jednak strony jestem także leniem, który mógłby przespać dwie trzecie życia albo przeleżeć przed telewizorem. Żeby tego uniknąć, sama nadaję tempo mojemu życia, sama się mobilizuję. Mówię: nie, kochanieńka, wcale nie pojedziesz samochodem, tylko pomaszerujesz sobie przez dwie godziny przez środek Warszawy. Albo ustawiam sobie tyle spotkań na nadzielę, co do której obawiałam się, że będzie mydlana, że w rezultacie okazuje się nasączona różnymi fajnymi zdarzeniami. Mówią, że młodo wyglądam. Może to kwestia dżinsów, sportowych butów, albo tego, że się prawie nie maluję. A może tego, że staram się być ciągle w ruchu… Niektórzy postrzegają mnie jako o wiele młodszą, a ja doskonale pamiętam, ile mam lat i nie mam złudzeń. Patrzę na siebie w lustrze i widzę: tu mi coś wisi, tam mam zmarszczki. No to raz na jakiś czas stosuję wybrane zabiegi medycyny kosmetycznej. Przede wszystkim mezoterapię i wcale się tego nie wstydzę. Widzę skutki tych działań i dlatego wierzę w te zabiegi. Za to nie kupuję tych cudownie działających kremów za 5 tysięcy złotych. Piję dużo wody, jem to, na co mam ochotę i próbuję nie przesadzać z czekoladą. Lubię także czerwone wino. Palę papierosy, ale liczę, żeby nie przekroczyć dawki, na którą sobie pozwalam. Ważne dla mnie jest to, że mimo wieku jestem w stanie z dnia na dzień „zapakować się” i wyjechać w góry lub nad morze. Tak zrobiłam w ostatnie święta Bożego Narodzenia. Uwielbiam rodzinę, ale ile można siedzieć przy stole i się obżerać? Tak więc uciekłam. Tam, co prawda, też wsuwałam placki ziemniaczane, ale przynajmniej spalałam wszystko na stoku. Lubię góry, lubię narty i kocham mieszkańców tych terenów za ich nieskomplikowaną filozofię życia. Świetnie wypoczywam także na Helu, dokąd jeżdżę co roku. Wbrew pozorom, bo wiem, że uchodzę za gadatliwą, potrzebuję świętego spokoju, żeby wypocząć, czasu, kiedy mogę pomilczeć i pomyśleć.

Kobiety, kochajcie siebie!
Trzeba umieć otaczać się właściwymi ludźmi. Bo nie oszukujmy się, osoba, z którą jesteśmy, ma na nas duży wpływ. Wiele zależy od tego, z kim jesteśmy, ale jednocześnie trzeba też umieć patrzeć, słuchać i wyciągać wnioski. Naprawdę dojrzałą kobietą poczułam się w momencie, kiedy zrozumiałam, że nie muszę mieć za wszelką cenę partnera, żeby się z nim pokazywać w towarzystwie, ale zawsze muszę mieć koło siebie przyjaciół, ludzi którzy mnie dobrze rozumieją. Mogę spokojnie funkcjonować sama, bez faceta, co wcale nie oznacza, że samotnie. I po wielu przejściach w życiu, bo rzeczywiście doświadczyłam niejednego, nagle zorientowałam się, że nie jestem uzależniona od tego, żeby mieć przy boku mena. Oczywiście, oni są fajni, warto kochać i być kochanym, seks jest cudny i inne aspekty wspólnego życia też. Ale i bez tego wszystkiego można sobie całkiem nieźle radzić. Ja na przykład idę na kawę czy zakupy z córką, wpadam na imprezkę ze znajomymi, wyjeżdżam na urlop z koleżanką. Problemem jest brak społecznego przyzwolenia na takie funkcjonowanie, bo nadal obowiązuje stereotyp gniazda rodzinnego, czyli że kobiecie samej wiele rzeczy nie wypada. A ja się w dużej mierze przestałam tym przejmować. Mam po prostu lubić swoje życie, czyli dać z siebie wszystko w pracy i zapomnieć się w szalonej zabawie. Byłam świadkiem wielu tragedii rodzinnych i to jest smutne zjawisko. Wiele związków trwa, a ludzie w nich są ze sobą nieszczęśliwi. Głównie kobiety tak bardzo boją się samotności, że nie znajdują odwagi, żeby facetowi wystawić walizki za próg. Wiedzą, że będą źle postrzegane jako samotne matki z dziećmi. I tym kobietom współczuję: ile nieszczęść, ile smutku w tych wszystkich podtrzymywanych na siłę związkach. Ja jestem po dwóch rozwodach i czuję się zahartowana w rozwiązywaniu podobnych problemów. Ale jednocześnie myślę, że coraz częściej kobiety otrzepują skrzydła i z jednej strony przyznają się do swoich potrzeb, pragnień, a z drugiej mają odwagę powiedzieć: nie, ja teraz będę siedziała i odpoczywała i nie zrobię ci obiadu, bo jestem po prostu zmęczona.

Ci, którzy uwierzyli we mnie
Czasami nie do końca sobie uświadamiamy, jak ważne jest to, że ktoś w nas uwierzy i całkiem bezinteresownie da szansę. Parę ładnych lat temu dzięki Ninie Terentiew miałam okazję zdobyć nowe doświadczenie, ponieważ dostałam od niej propozycję pracy w Programie II TVP. Byłam bardzo wdzięczna za tę szansę, tym bardziej że pani Nina niewiele o mnie wiedziała, oprócz tego, że jestem aktorką. Podziwiam takich ludzi, że mają odwagę komuś zaufać i powierzyć odpowiedzialne zadanie. Podobnie było z Adamem Hanuszkiewiczem, który zobaczył mnie na jakiejś premierze w Teatrze Nowym. Tego samego wieczoru zaprosił mnie do swojego gabinetu na rozmowę i zaproponował główną rolę w „Sześciu postaciach…” Pirandello. Kolejną szansę dostałam do Macieja Wojtyszki. Zobaczył mnie na widowni w Teatrze Dramatycznym. Byłam wtedy jeszcze studentką. Zapytał, czy nie zagrałabym u niego w „Ferdydurke”. A to był czas, kiedy przygotowywałam się do pracy magisterskiej z Gombrowicza. Odpowiedziałam, że to wspaniale, w sztuce Gombrowicza zagram nawet…. krzesło. Dwa lata później zagrałam u niego w „Ferdydurke” w Teatrze Telewizji. Mogę wymienić wiele osób w życiu zawodowym i prywatnym, które na mnie postawiły. I będę im za to wdzięczna do końca życia.

Zawalczyć o kobiecość
Dwa najtrudniejsze momenty w życiu każdej kobiety to okres dojrzewania i przekwitania. Zwłaszcza ten drugi jest bardzo ciężki do zniesienia: szybko się tyje, skóra wiotczeje, i te koszmarne uderzenia ciepła. To taki smutny moment, kiedy kobietę dopada starość, jak wciśnięta na głowę wełniana czapka, której już nie sposób zdjąć. Trzeba się umieć z tym oswoić. Niezwykle ważna jest aktywność fizyczna. Powinno się naprawdę dużo ruszać. I nie zapominać o hormonalnej terapii zastępczej. Hormony – to lekarz, a ruch – to my, same musimy to sobie zorganizować. Ja na przykład z koleżankami często umawiam się na marsze przez miasto. Idziemy ostrym tempem na przykład z Sadyby do centrum i z powrotem. To jeden z moich ulubionych sposobów aktywności fizycznej, bo dusi mnie zamknięta sala. W trudnym okresie przekwitania pomocny może się okazać partner, jeśli jest mądrym człowiekiem. Tak czy siak musimy sobie radzić: zorganizować się tak, żeby nie być zwiędłą śliwką, tylko fajną, sprawną babką, która lubi siebie i świat!

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH