Katarzyna Glinka - barwy mojego życia

Katarzyna Glinka – barwy mojego życia


Z Katarzyną Glinką, aktorką znaną publiczności między innymi z serialu „Barwy Szczęścia” oraz programu „Gwiazdy tańczą na lodzie” rozmawia Monika Sadowska.

Młoda, piękna, zdolna. Takim jak pani chyba łatwo odnaleźć się w zawodzie aktora?

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest łatwa. Z jednej strony mogę powiedzieć, że nie jest łatwo, a z drugiej – mam za sobą bardzo udany rok. Wydaje mi się, że aktorstwo to zawód, w którym talent i zdolności nie zawsze wystarczą, żeby odnieść sukces. Z własnego doświadczenia wiem, że potrzeba dużo wytrwałości, samozaparcia oraz przysłowiowego łutu szczęścia, który sprawi, że zostaniemy dostrzeżeni. Wielu moich kolegów musiało zmienić pracę, mimo że są naprawdę zdolni. Ja mam to szczęście, że pracuję w zawodzie i na brak zajęć nie mogę narzekać – pracuję w Teatrze Polskim, gram w serialu „Barwy Szczęścia”, występowałam w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie”, a ponadto przygotowuję się do premiery w teatrze Kwadrat.

O jakiej roli pani marzy?

Od zawsze marzyłam, żeby zagrać w filmie kostiumowym, w dużej historycznej produkcji. Ponieważ interesuję się carską Rosją, może odpowiednim filmem byłaby kolejna wersja Anny Kareniny… Chciałabym również mieć możliwość zaprezentowania swoich umiejętności w roli złożonej psychologicznie, kiedy bohaterem targają silne emocje lub kiedy trzeba pokazać jego rozwój emocjonalny. Takie role są najlepiej zapamiętywane przez widzów, a dla aktora stanowią z jednej strony największe wyzwanie, z drugiej zaś dają możliwość wykazania się kunsztem i umiejętnościami, stanowiąc jednocześnie szczyt zawodowego spełnienia. Gdybym mogła zagrać taką rolę w filmie Pedro Almodóvara, byłoby to dla mnie spełnienie zawodowych marzeń.

A gdyby ktoś zaproponował pani rolę w komedii romantycznej?

Gdybym otrzymała taką propozycję, na pewno bym się zgodziła. Lubię ten gatunek filmowy i często chodzę na komedie romantyczne do kina. Bardzo się cieszę, że powstaje ich coraz więcej, chociaż życzyłabym sobie, żeby nie był to jedyny gatunek filmów, który produkuje się w Polsce. Myślę, że ludzie potrzebują miłej odskoczni od codzienności. Lubimy przecież historie z happy endem i chcemy – chociaż na chwilę – wejść w taki bajkowy i nierealny świat. Choć powszechnie mówi się, że są to filmy mało wartościowe, uważam, że komedia romantyczna również może być „dobrym kinem”. Na przykład „Nigdy w życiu” – dobry scenariusz, sprawna reżyseria, zabawne dialogi i bardzo dobre aktorstwo Danuty Stenki oraz Jana Frycza. Naprawdę lubię
ten film i czasem do niego wracam.

Kiedy pani zdecydowała, że chce zostać aktorką?

Ta myśl pojawiła się dość późno, dopiero w liceum, kiedy zaczęłam chodzić na zajęcia kółka teatralnego. Potem zdecydowałam się zdawać egzaminy. Najpierw próbowałam dostać się na PWST w Warszawie oraz do łódzkiej „Filmówki” i tu przyjęto mnie za drugim razem. Ale początek studiów zawsze jest trudny, zwłaszcza dla takich osób jak ja, które przyjeżdżają z małej miejscowości i znajdują się w zupełnie nieznanym świecie. Wszyscy byliśmy wtedy trochę zagubieni: nowe środowisko, obcy ludzie, z dala od troszczących się o wszystko rodziców. Dla młodych ludzi to prawdziwy szok.

Czy były momenty zwątpienia, kiedy myślała pani sobie: nie dam rady, rzucę to?

Chyba każdy miewa takie momenty w życiu. W chwilach zwątpienia najbardziej pomogli mi rodzice. Powtarzali, że dam sobie radę, wytrzymam. Byłam daleko od bliskich. W rodzinnym mieście, Dzierżoniowie, zostawiłam także mojego chłopaka. Momentami było mi naprawdę ciężko. Znalazłam się w świecie, którego wtedy nie rozumiałam. Myślałam sobie: może nie warto, może to nie dla mnie? Na szczęście trwało to krótko. Człowiek się aklimatyzuje i mija zwątpienie. A po pierwszych egzaminach, kiedy dostałam bardzo dobre oceny, poczułam, że to zawód dla mnie, że naprawdę chciałabym grać.

Czy znalazła pani w szkole przyjaciół?

Byłam na jednym roku m.in. z Asią Koroniewską i Samborem Czarnotą. Do tej pory się przyjaźnimy. Mówi się, że nie ma prawdziwego aktorskiego koleżeństwa, bo w tym zawodzie panuje straszna konkurencja. Myślę, że w innych zawodach jest podobnie. Moje dwie przyjaciółki także są aktorkami, każdej z nich życzę jak najlepiej i nie konkurujemy ze sobą. Ufam im bezgranicznie. Na tym właśnie polega przyjaźń, że mogę się im zwierzyć, opowiedzieć o swoich problemach i wiem, że mnie nie wyśmieją i nigdy nie wykorzystają żadnej informacji przeciwko mnie.

A w kim ma pani największe oparcie?

Często się nad tym zastanawiam. Oczywiście inne relacje mam z przyjaciółkami, inne z mężem czy rodzicami. I w każdej z tych osób znajduję oparcie. Na przykład z dziewczynami rozmawiam na tematy, które niespecjalnie interesowałyby mojego męża. Kiedy przyjeżdżam do rodziców, ogarnia mnie błogie poczucie bezpieczeństwa. Świetnie u nich odpoczywam, rozmawiamy na różne tematy, dyskutujemy, żartujemy. Moja rodzina daje mi ogromne wsparcie. Rodzice z bratem przyjeżdżali nawet na nagrania programu „Gwiazdy tańczą na lodzie”, żeby mi kibicować.

Dlaczego zdecydowała się pani na udział w tym programie?

To są świetnie zorganizowane produkcje, pełen profesjonalizm od początku do końca. O każdego uczestnika programu dba cały sztab ludzi, dzięki czemu każdy z nas czuł się wyjątkowy i dowartościowany. To bardzo budujące. Poza tym chętnie podejmuję nowe wyzwania. Kiedy pojawiła się ta propozycja, od razu przyjęłam zaproszenie do programu. Oczywiście, że jest to także forma promocji nazwiska. Nie można jednak zapominać, że dla nas, uczestników, to była bardzo ciężka praca. Właściwie od lipca do grudnia, przez cztery miesiące miałam czas tylko na treningi na lodzie. Wcześniej jako dziecko chodziłam na ślizgawki, ale tak naprawdę niewiele umiałam. Przy okazji programu miałam więc możliwość zdobycia nowych umiejętności.
Bo pani chyba w ogóle lubi sport.

Czy to także sposób na relaks?

Oczywiście, uwielbiam sport. Gdybym nie była aktorką, to chyba cały dzień biegałabym. Kocham narty. Niedawno dostałam nową parę i mogłam je wreszcie wypróbować. Uwielbiam też jeździć na rowerze. Kiedy mamy z mężem trochę wolnego czasu, ruszamy gdzieś pod Warszawę i tam jeździmy na rowerach. Odpoczynek to dla mnie także wyjście do kina. W domu relaksuję się w wannie, czasami z książką w ręku, do tego lampka dobrego czerwonego wina, dobra muzyka. Albo włączam sobie „Przyjaciół” – mam wszystkie serie i mogę to oglądać godzinami. Ten serial – jak nic innego – potrafi poprawić mi humor.

Jaka jest Katarzyna Glinka, kiedy schodzi z planu filmu czy ze sceny teatru?

Z upływem czasu coraz więcej o sobie wiem. Uczę się siebie i walczę z wadami. Muszę popracować nad tym, żeby się nie spóźniać. Wiem, że to ludzi denerwuje, zwłaszcza moich najbliższych. Bywam wybuchowa, ale myślę, że czasami to dobrze, bo w ten sposób szybko pozbywam się negatywnej energii, nie chowam urazy, łatwo wybaczam. Mam w sobie jakiś nieskończony optymizm i świat postrzegam właściwie wyłącznie w ciepłych kolorach.

Bywała już pani na życiowych zakrętach…

Jeden z trudniejszych momentów miałam zaraz po skończeniu studiów. Ukończyłam je z wyróżnieniem, dostałam nagrodę na XIX Festiwalu Szkół Teatralnych w ¸odzi i… cisza, żadnych propozycji. Nie wiedziałam, co dalej robić. Moi znajomi wyjeżdżali wtedy do Stanów i postanowiłam, że pojadę z nimi. Przez pół roku mieszkałam w San Diego. Przekonałam się, że nawet gdzieś na końcu świata mogę sobie ułożyć życie i potrafię się zorganizować. Poznałam nowych ludzi, znalazłam pracę. Upewniłam się, że jeżeli człowiek rzeczywiście czegoś chce, to uda mu się to osiągnąć. Wróciłam do Polski z wielkim zapałem i wiarą,
że wszystko może mi się udać. Czekała mnie jeszcze długa i trudna droga, ale dzisiaj już wiem, że było warto.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH