Bardzo długa delegacja

Bardzo długa delegacja


Każdy z nas ma jakieś marzenia. Wielu palcem po mapie kreśli szlaki wymarzonych wędrówek. Części z nas udaje się te marzenia urzeczywistnić. Niektórzy, tak jak ja, mogą zrealizować swoje pasje podróżnicze w godzinach pracy.

Co roku we wrześniu z portu w Gdyni wyrusza Polska Wy­pra­wa Antarktyczna na Wyspę Kró­la Jerzego – największą w archipelagu Szetlandów Południowych. Zimujący na Polskiej Stacji Antarktycznej im. H. Arc­tow­skiego pracownicy z utęsknieniem czekają na swoich zmienników, wiadomości ze świata cywilizacji i zaopa­trzenie.

Świadomi swej misji staramy się jak najsprawniej zapakować cały zapas żywności, sprzęt naukowy, paliwo i wszystkich inne, niezbędne na stacji rzeczy. Okręt, który początkowo wydawał się wielki, teraz wydaje się nam zbyt mały.

Ostatnie rady, uściski, ukradkowe łzy i wypływamy, aby na własne oczy ujrzeć ten surowy i zdawałoby się nieprzychylny człowiekowi świat. Ale zanim dotrzemy na „spód globusa”, czeka nas 40 dni podróży statkiem „Polar Pionieer”.

Wilki morskie
Przepłynęliśmy dwa morza (Bałtyckie i Północne), by zmierzyć się ze sztormem w Zatoce Biskajskiej i wypłynąć na szerokie wody Oceanu Atlantyckiego. Możliwości ruchu są ograniczone, wszystkie lektury przeczytane, więc pora zakasać rękawy. Bierzemy czynny udział w pracach okrętowych załogi – malowaniu, szorowaniu pokładu itp. W przerwach oglądamy stada delfinów bawiących się przed dziobem statku. Te sympatyczne ssaki morskie pchane prądem wody urządzają sobie wyścigi. Nad dziobem „zawisa” w powietrzu stado głuptaków. Wrażenie niesamowite, choć nie polecam podziwiania ptaków z pokładu w bezpośredniej bliskości – grozi katastrofą. Równie niebezpieczne okazuje się obserwowanie stad latających ryb, nasz bosman o mało nie stracił oka. Za to rankiem można iść z wiaderkiem na ryby i zbierać je z pokładu jak grzyby.

Wieloryby budzące na początku najżywsze reakcje, z czasem stają się naszymi stałymi towarzyszami podróży. O tej porze roku większość z nich wędruje na spotkanie antarktycznego lata. Mamy okazję podziwiać zręczność i popisy akrobatyczne tych kolosów. I tak mija dzień za dniem.

Spotkanie z Neptunem
Dokucza nam lejący się z nieba żar. Czy aby na pewno zmierzamy w kierunku Antarktydy? W miarę zbliżania się do równika na neofitów pada blady strach. Nadszedł czas, aby pokłonić się Neptunowi, ucałować palec u nogi Prozerpiny i z dzielną miną zanurzyć się w obiadowych resztkach z całego tygodnia. Jeszcze tylko łyk morskiej wody, ostemplowanie „szynki” i tańce do rana. Chrzest za nami, a oczy już błyszczą na myśl o drodze powrotnej z kolejną grupą neofitów.

Port w Mar der Plata
Po 30 dniach rejsu, w ciepłej bryzie wiatru daje się wyczuć obcą nutę zapachową. Wszyscy jak urzeczeni przyklejeni do relingu wdychają zapach gleby, trawy i miasta. Dobijamy do portu w Mar der Plata. Jest to niewielkie miasteczko w Argentynie. Przypomina nasz Kołobrzeg pełen hoteli i atrakcji dla turystów. W przyportowych knajpkach można zjeść świeże i smacznie przyrządzone owoce morza. Wszyscy polarnicy obowiązkowo odwiedzają restauracje samoobsługowe, gdzie serwują nieziemską wołowinę z grilla. Do tego koniecznie czerwone wino, najlepiej szczep Melbec z rejonu Mendoza. Nic nie może dorównać takiej uczcie. Zwłaszcza po 30 dniach diety statkowej.

Językiem urzędowym jest argentyński, można porozumieć się po hiszpańsku, natomiast niewiele osób zna tam język angielski. Nasi koledzy godzinę błądzą po mieście usiłując wytłumaczyć taksówkarzowi po angielsku, że chcą jechać do portu. Sprawdza się stare pismo obrazkowe.

Zostawiamy piękne, zadbane plaże miejskie i pędzimy obejrzeć cmentarzysko statków. Widok jest niesamowity, choć przygnębiający. Okręty porzucone, zastawione lub odebrane kłusownikom czy piratom stanowią nie lada atrakcję. Część z nich to wraki przeznaczone do rozbiórki. Tkwią tu od dawna, gdyż rozbierane są z charakterystyczną dla południowców aktywnością – mañana (jutro).

W całym tym rozgardiaszu beztrosko bawią się w wodzie lwy morskie. Zwierzęta te założyły w porcie kolonię. Rybacy traktują je jak maskotki, choć pokaźnych rozmiarów. Samce osiągają masę ciała ponad tonę i mierzą ok. 3,5 m. Zajmują każde wolne miejsce w porcie, wszczynając awantury z miejscowymi psami.

Na koniec świata
Ostatnie pożegnanie z cywilizacją, zakupy, telefony i odbijamy od brzegu, podążając ku końcowi świata. Przepływamy koło Falklandów, na których do tej pory można spotkać pola minowe. Co dziwne są one z upodobaniem zasiedlane przez pingwiny. Przypominamy sobie o skarpetach i ciepłych swetrach. Przekraczając strefę konwergencji każdy, nawet stary polarnik, przeprasza się z czapką i szalikiem.

W cieśninie Drake’a Neptun nas oszczędza, zaczynamy powątpiewać w mity o „ryczących sześćdziesiątkach” (co zemści się na nas w drodze powrotnej). Nagle pojawiają się pierwsi zwiastuni chłodnego polarnego klimatu – petrele warcabniki. Te biało-czarne ptaki kołują nad statkiem jak stado gołębi.

Serce wali z przejęcia na widok pierwszej góry lodowej. Wielki kawał lodu o niesamowitym kształcie i kolorze przepływa tuż obok nas. To, co widzimy to zaledwie 1/6 bryły, cała reszta ukryta jest pod wodą. Obok naszego statku przepływają również pingwiny.

Nagle wszyscy milkną. Jesteśmy na miejscu. Na tle białego śniegu wyłaniają się majestatyczne nunataki. Ciemne skały otoczone lodem i śniegiem sterczą niczym piki z murów obronnych. Krajobraz surowy, dziki i nieokiełznany. Wpływamy do cieśniny Bransfilda, a stamtąd do Zatoki Admiralicji. Zgromadzeni na mostku kapitańskim z zapartym tchem wypatrujemy żółtych budynków stacji na tle ośnieżonych zboczy góry Point Thomas. To tu będziemy przez następne 6 lub 12 miesięcy pracować, poznawać przyrodę, przyglądać się skutkom globalnego ocieplenia klimatu. Będzie to dla nas kawałek Polski na krańcu świata.

tekst:
Małgorzata Korczak

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH