Otyłość trzeba leczyć


Wywiad z doc. dr hab. med. Małgorzatą Kozłowską-Wojciechowską, przewodniczącą Rady Promocji Zdrowego Żywienia Człowieka

Czy panuje moda na odchudzanie?

Niestety tak, ale dotyczy tylko młodych ludzi, którzy myślą, że bycie szczupłym to jeden z niezbędnych elementów bycia atrakcyjnym dla innych oraz zdobycia i utrzymania dobrej pracy. Powiedziałam „niestety”, bo niezdrowe diety, które młode kobiety stosują dążąc do wyimaginowanego ideału, odbijają się na ich zdrowiu, a w skrajnych przypadkach prowadzą do anoreksji czy bulimii.

Według danych z początku lat 90. w Polsce na otyłość cierpiało około 3 proc. dzieci do 14. roku życia. Obecnie ta dolegliwość dotyczy aż 12 proc. polskich dziewcząt i 14 proc. chłopców. W ciągu zaledwie15 lat nastąpiło zwielokrotnienie tego zjawiska.

Otyłość to nie tylko defekt estetyczny, zwłaszcza gdy mówimy o otyłości brzusznej. Odkładająca się w okolicach klatki piersiowej i jamy brzusznej tkanka tłuszczowa przyczynia się do wielu poważnych chorób, takich jak: choroba niedokrwienna serca, rozwój miażdżycy naczyń sercowych i mózgowych, nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu 2 oraz nowotwory. Rozpoznanie otyłości poprzedza zatem kaskadę innych zaburzeń zdrowia.

Do niedawna oficjalne kryteria wskazywały na otyłość przy obwodzie pasa przekraczającym u kobiety 88 cm, a u mężczyzny 102 cm. Ale teraz Światowa Organizacja Zdrowia chce przyjąć nowe kryteria (80 i 90 cm) zaproponowane przez Międzynarodową Federację Cukrzycy. W efekcie zwiększy się liczba pacjentów kwalifikowanych jako ludzie otyli.

A więc Polska nie „chudnie w oczach”, tylko tyje?

Nie cała. Polska jest ciągle podzielona na trzy sektory. W kulturze pasa wschodniego osoba zaczyna być postrzegana jako otyła dopiero wtedy, gdy – według kryteriów lekarskich – ma już otyłość ogromną. W pasie środkowym postrzega się otyłość jako nieelegancki defekt, natomiast w pasie zachodnim (od Szczecina w dół) uważa się ją za zjawisko, które nie powinno mieć miejsca.

Moda na odchudzanie nie dotyczy osób dojrzałych, które są ustabilizowane życiowo, np. kobiet w okresie menopauzy.

Dlaczego?

Kobiety w tym okresie tyją, bo zmienia się ich metabolizm hormonalny. Największym i jedynym przyjacielem kobiety nie są – jak się powszechnie mówi – diamenty, ale… estrogeny. To hormony, które chronią przed zawałem, cukrzycą, nowotworami i innymi schorzeniami. Zanik estrogenów w czasie menopauzy to nie tylko ubytek tego „płaszcza ochronnego”. Wpływa on także na inne hormony, które stymulują odkładanie się tkanki tłuszczowej. W mentalności wielu kobiet menopauza to „osiadanie na laurach”. Te kobiety mają poczucie, że życie już za nimi. Tymczasem to nieprawda! Przecież nie przestają być atrakcyjne seksualnie, zawodowo czy towarzysko. Tyle, że nie będą matkami.

W okresie ciąży przybywanie na wadze jest stanem fizjologicznym, zupełnie normalnym, zresztą tak jak chudnięcie po okresie karmienia. Natomiast co innego, gdy otyłość pojawia się i narasta w innych momentach życia.

Kobiety, które w okresie menopauzy jako dewizę przyjmują hasło „Już nic nie muszę” ukute przez Stefanię Grodzieńską – osobę niezwykle aktywną, szczupluteńką, mało jedzącą, zadowoloną z życia rodzinnego i zawodowego – mogą liczyć tylko na to, że się roztyją, będą do życia nastawione jeszcze bardziej depresyjnie niż dotąd i ich zdrowie na tym wszystkim ucierpi.

A panowie? Dlaczego wśród nich jest tylu grubasów, i to już po trzydziestce?

Młodzi mężczyźni dbają o wygląd, bo takie jest prawo „kogucika”, który chce zdobywać, zwracać na siebie uwagę. A powinni dbać o siebie całe życie, bo już sama płeć męska jest czynnikiem ryzyka chorób układu krążenia czy chorób nowotworowych (nowotwory charakterystyczne dla obu płci częściej występują u mężczyzn).

Panowie bardzo często zmieniają swój styl życia na bardziej osiadły po założeniu rodziny. I tu powinny wkroczyć do akcji ich żony. Zamiast trafiać „przez żołądek do serca”, powinny aktywizować swoich mężczyzn – namawiać ich do grania w piłkę, jeżdżenia na rowerze, na rolkach. Mamy dowody (badania!), że mężczyźni po ślubie zaczynają jeść więcej – najpierw o 250, potem o 300, a w końcu o 400 kalorii dziennie. Czy to znaczy, że ich potrzeby wzrastają? Nie, to kobiety, dom, sytuacje sprawiają, że oni jedzą więcej i tyją.

Ciekawa rzecz, że szybciej tyją mężczyźni w związku sformalizowanym. To może nie jest popularne stwierdzenie, ale takie są obserwacje. Mężczyzna związany papierem poddaje się sytuacji, a ten w związku nieformalnym nie wie, kiedy znów będzie musiał „ruszyć na łowy” i być w dobrej formie.

Są jeszcze skłonności genetyczne…

Geny odgrywają niebagatelną rolę, to prawda. Stwierdzono, że w okresie życia płodowego determinowana jest nasza tusza w przyszłości. Na przykład niektóre przyszłe matki nie dostosowują jakości i ilości jedzenia do aktualnych potrzeb fizjologicznych. Bardzo w ciąży tyją i… przedwcześnie rodzą malutkie dziecko, które potem – paradoksalnie – ma tendencję do otyłości. Nie mniej, gdy oboje rodzice są otyli, to prawdopodobieństwo, że dziecko będzie otyłe wynosi 75 proc. Jeśli matka jest otyła, a ojciec szczupły – to 50 proc., ale jeśli ojciec jest otyły, a matka szczupła – tylko około 10 proc. Po prostu matka karmi dziecko podobnie jak siebie. Słynna sprawa angielska, kiedy matce chciano odebrać prawa rodzicielskie do opieki nad 11-letnim 150-kilogramowym synem, któremu ona „nie miała serca” odmawiać jedzenia.

A w USA wytworzono coś w rodzaju mody na otyłość… no i przeciwko „wieszakom”!

To bardzo śliska sytuacja, bo dla częś-ci „grubasów” odrzucenie jest czynnikiem depresyjnym, a dla innej – bodźcowym. Projekty, które kilkanaście lat temu wprowadzono w Stanach Zjednoczonych, paradoksalnie doprowadziły do tego, że nie zmalała otyłość, ale wzrosła jej akceptacja. Gruby jest sympatycznym, ciepłym misiem, ale przed 30. rokiem życia może mieć zawał, cukrzycę. „Wieszaki” zaczynają być niemodne, bo przeczą naturze. Człowiek musi przecież mieć ciało.

Umiar?

Tylko i zawsze.

POLECANE DLA CIEBIE

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH